wtorek, 16 sierpnia 2011

Kawa się nadawa: Chińska motorynka i włoski ekspres do kawy

Wypracowane przez Włochów żelazne zasady parzenia idealnego espresso są znane każdemu bariście, prawie każdemu kawoszowi i zapewne sporej części wielbicieli kawy, którzy zbyt mocno nie zagłębiają się w problematykę zagadnienia. Dlatego krótko. Zasada 4 M określa cztery warunki konieczne do skomponowania perfekcyjnego napoju : ekspres (La Machina), młynek do kawy (La Machinadosatore), mieszanka ziaren (La Miscela) i człowiek, jego umiejętności (La Mano). Właściwie to powinno być 4 La, a piosenka byłaby gotowa. Mieszanki mieliśmy zawsze dobre, młynek był świetny, ale drogeryjny, natomiast w nasze umiejętności tak sobie wierzyliśmy. Postanowiliśmy kupić włoski ekspres automatyczny znanej firmy, który robił niemal wszystko… do czasu.

Mazzer Luigi, też Włoch :) Powtórzmy: La Machinadosatore! Jednak nie do końca, bo to jest młynek drogeryjny. Sprzedawca zapewniał nas, że będzie chodził jak "kałach". Cokolwiek miał na myśli, młyn działał perfekcyjnie.

Maszyna służyła dobrze w sklepie (vide „Przystanek Bellissimo) przygotowując kawę dla naszych klientów. Potem udomowiliśmy ją {maszynę} i każdego ranka cieszyliśmy swoje podniebienia świetnie zaparzoną kawą. Ja raczyłem się espresso z urzekającą cremą, natomiast Roksana bardziej spijała spienione mleczko z kawy, czyli popularną kawę z mlekiem. I tak było prawie przez dwa lata. Tuż przed upływem gwarancji ekspres coraz częściej buntował się, nie wiedzieć czemu. Dbaliśmy o niego przecież bardzo: czyszczenie, konserwacje, odkamienianie, rozmowa i wspólne słuchanie muzyki etc. W zamian, zapewne w wyrazie wdzięczności, zaczął warczeć i buczeć na nas, by w ten sposób zakomunikować, że więcej kawy już nam nie będzie robił. Pierwsza wizyta w serwisie pomogła na niecałe dwa tygodnie, no a druga wizyta to już była po okresie gwarancji! No co za pech i dziwny zbieg okoliczności. Teraz to fachowcy zażyczyli sobie 800 zeta za wymianę jakiegoś elementu mechanicznego. Nie mieliśmy wtedy nadwyżki finansowej, jak się okazało kilka dni później, na szczęście.
W geście szczodrości podarowaliśmy maszynę teściowi. Pomyśleliśmy sobie, że w nowym miejscu będzie miał lepsze przepływy energii ;-) Nie miał lepszych przepływów, ale w firmie teścia sprawą zainteresowała się Pan Złota Rączka. Tego nie przewidzieliśmy! Zawzięty chłopak, sprytny i zdolny rozkręcił sprzęt, dłubał, patrzył, mruczał, drapał się po głowie. Potem maszynerię na nowo skręcał i próbował, cierpliwie bez stresu, z namaszczeniem godnym fachowca przedwojennego. Po kilku dniach z zawodowym spokojem, ale i profesjonalnym stoickim uśmiechem oznajmił – „Szefunciu, ekspres działa jak ta lala”. Mamma mia! Włoch działa, jak ta lala { to nowa zasada 4 x la}, sprawnie i bez powarkiwania na właściciela. Bez zagłębiania się w tajniki techniczne i technologiczne. W całym tym elemencie do wymiany za kilka setek wyskakiwała jakaś tulejka. Jej brak powodował buczenie, a w konsekwencji unieruchomienie mechanizmu. Pan Złota Rączka powiedział, że z tulejkami to nie ma żadnego problemu, bo takie same kupuje do swojego chińskiego skuterka. Następnego dnia w firmie był  już cały woreczek tulejek, tak na wszelki wypadek, za całe 5 zł J


I nasza La Machina. Teraz chodzi "jak ta lala". Kawę robi naprawdę pyszną, mimo, że to automat. Załapała też sie moja ręka z telefonem!

Włoska maszyna już nie służy w naszym domu, bo wiadomo, kto daje i odbiera ten się w złym miejscu poniewiera. Radosne jednak jest to, że ekspres trafił w dobre ręce miłośnika kawy, natomiast my mamy nowe miejsce do smakowania małej czarnej.

Pozdrawiam, Adam

3 komentarze:

  1. Ważne jest, czego się słucha. Zauważyłem, że nasz domowy ekspres (który kosztował tyle co połowa kwoty przeznaczonej na serwis Adamowej La Machiny) w zależności od tego, jaka płyta kręci się w odtwarzaczu, parzy całkiem różną kawę. Gdy gra np. Anna Maria Jopek, otrzymujemy delikatną, lekką i rozleniwiającą kawkę. Gdy gra Pearl Jam, kawa otrzymuje niezwykle puszystą piankę, a sam napar staje się mocniejszy o zdecydowanym, acz trochę melancholijnym posmaku. Przy dźwiękach z płyt Bjork kawa parzy się dość mocna, ale z bardzo skromną pianką, lekko kwaskowata i zawsze nie dość gorąca. Wreszcie przy muzyce Rammstein otrzymujemy diabelnie mocną i czarną kawę z małą, ale trwałą pianką o lekko metalicznym posmaku. Tak więc dźwięki goszczące w domu wpływają na jakość parzonej kawy. Nie wiem, czy oddziałują na ekspres, bo na razie działa bez zarzutu. Chyba że po prostu odpowiada mu taka muzyka...

    OdpowiedzUsuń
  2. Wojtku mój najdroższy. Czytam Twojego posta czwarty już raz i cały czas uśmiecham się pod nosem, nawet teraz, przy porannej herbacie truskawkowej z nutką wanilii. Spoko, kawa już była w domu. No właśnie, moja domowa mocno poranna kawa zawsze brzmi tak samo – są to po prostu kłujące uszy dźwięki agresywnej trąbki pobudka wstać, koniom wody dać, już ja trąbie pół godziny … itd. 
    Zazdroszczę Wam ekspresu, który chyba kupiliście z jakiejś limitowanej edycji! Sensor dźwięku jest wart więcej niż element mechaniczny mojego ekspresu, tulejki za 5 zł i cała reszta. Wasza La Machina ma duszę, wdzięk i zamiłowanie do muzy. Najpiękniejsze są jednak Wasze emocje poranne. Kawa pachnie muzyką, tak pięknie opisaną.

    Pees. Szykuj się Wojtku do spełnienia mojej prośby o napisanie odcinka Przystanku.

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja niestety nie mam ekspresu w domu, może i dobrze, bo byłaby ... wybitnie METALiczna. Pozdrawiam Wszystkich !

    OdpowiedzUsuń