czwartek, 1 grudnia 2011

Bądź zawsze z nami

Świąteczna atmosfera powoli wkrada się nie tylko do naszych domów, ale także na ulubione blogi. Tak, tak … to wspaniały czas i chyba każdy z nas chce, aby trwał jak najdłużej. Przecież Święta to ciepło, rodzina, uśmiech, radość, smak, zapach i setki rzeczy, których nie śmiem opisywać, bowiem każdy z Was nosi je w sercu. Zatem to, co nam w sercach gra, pozostawiam w sferze intymności.

Dziś natomiast chcę uczcić imieniny Mikołaja. Tu oczywiście pojawiają się trudności, które stworzyła ludzka wyobraźnia, liczne tradycje, a i niestety marketing. Bardziej chyba znamy baśniowego Świętego Mikołaja, którego wizerunek wykreowała kultura zachodnioeuropejska. Do mnie przychodził jeszcze biskup Mikołaj z pastorałem.

W przede dniu imienin wszystkim Mikołajom składam moc serdeczności. Wspominając zaś liturgicznie 6 grudnia Świętego Mikołaja warto wiedzieć, że nasz święty był cudotwórcą i niejednokrotnie pomagał ludziom w potrzebie. Myślę sobie, że każdy Mikołaj, który nas odwiedzi, czy ten baśniowy, czy prawdziwy będzie miał w sercu dobro i życzliwość. Tego Wam wszystkim życzę.

Z pozdrowieniami, Roksana. 




niedziela, 27 listopada 2011

Przystanek Bellissimo. Koniec trasy


… „Barton Fink siedział długo i nie pisał nic…” – od rana nucę refren piosenki Kazika Staszewskiego. Może nie dlatego, że ogarnęła mnie niemoc sklecenia kilku zdań, bardziej uświadomiłem sobie fakt dojechania do kresu naszej wspólnej wycieczki. Moi kochani! Piszę kochani, bowiem trochę przez ostatnie tygodnie razem przeżyliśmy, a pozytywny odbiór cyklu pozwala mi właśnie na taką poufałość. Zatem moi kochani, to już koniec trasy. Dojechaliśmy do Zajezdni Bellissimo.
Kilka tekstów, które pojawiało się na blogu, było dla nas osobistą retrospekcją do chwil nie tak wcale odległych, ale będących już historią. Po roku z Roksaną odkurzyliśmy je nieco, przez co uczciliśmy rocznicę likwidacji naszego sklepiku. [Tez mi powód do celebrowania!] Więcej już takich rocznic nie będzie, a jeżeli pojawią się jakiekolwiek inne przystanki, będą położone na pewno przy innej już trasie. Wspominając nasze dzieje, chciałem Was przede wszystkim rozbawić. Czytając raz jeszcze komentarze, sądzę, że w jakimś stopniu ten cel osiągnąłem. Za wszystkie miłe słowa, żywą reakcję na teksty i ciepłe uśmiechy z całego serca dziękuję. Właściwie to Łola Boga z Życzliwości wielkie dzięki bez Teatralnej miny, bez łyżki dziegciu w beczce miodu [czyt. bez Chrzanu w kostkach]. Acha, i nie są to Incydentalne podziękowania, a wyrażenie nadziei, że znajdzie się jeszcze Więcej powodów, aby przeżyć przynajmniej Jedną ucztę taką na Pięć filiżanek J

Tematów do opisania zapewne znalazłbym więcej, tylko obawiam się, że w którymś momencie mógłbym za bardzo rozkręcić się. Osoby, które znają mnie, dobrze wiedzą, o czym teraz mówię J Dlatego, żeby smak Bellissimo zachować, a zbyt śmiało nie swawolić swoim poczuciem humoru, dziś kończę cykl. Tak na marginesie, to „Przystankami”  ukręciłem sobie bat na własny tyłek. Teraz jest tak, że cokolwiek chcę napisać na blogu, dostaję od Roksany pytanie „Co dziś będzie śmiesznego?” Kurza twarz, a raczej masz babo placek. Przeca to presja nieznośna! Jak nie napiszesz nic śmiesznego, to obiadu nie dostaniesz! Obiad to ja sobie akurat sam zrobię, taki jestem.
W ostatnich słowach chcemy z Roksaną podziękować wszystkim wspaniałym ludziom, którzy nas odwiedzali w sklepie. Nie chcę o nich pisać klienci, ponieważ byli dla nas kimś więcej. W tej chwili znowu słyszę melodię piosenki Staszewskiego. Zawiesiłem się na chwilkę. Do tej pory wspólnie wspominamy setki rozmów na wszystkie tematy świata z naszymi dobrymi, życzliwymi smakoszami kawy, herbaty i słodyczy najróżniejszych. Każda rozmowa była wyjątkowa, a suma tych wyjątkowości stworzyła niepowtarzalny obraz świata, który jest DOBRY. Dobry, czyli taki, jaki bym chciał, żeby był. Po prostu dobry. Ta złota mieszanka, rzekłbym branżowo miscela d’oro, uśmiechu, życzliwości, radości i wzajemnego słuchania na zawsze pozostanie w mojej pamięci.

Pozdrawiam serdecznie, Adam.

P.S. Specjalne podziękowania kieruję do Eli, Wojtka i Sinuhe. Najpiękniejsze są emocje, których dzięki Wam doświadczyłem. Po drugie, wydłużyliście trasę o całe trzy przystanki, a to są dwa miesiące w feelingowym kalendarzu. Tym samym, po trzecie, miałem trzy środy wolne!

niedziela, 20 listopada 2011

Na jesienne wieczory … książka

Tak, tak… Obiecywałam, że ani słowa już o jesieni i dniach chłodnych. Dobrze słowa w połowie dotrzymam. O dniach nie będzie, tylko o wieczorach jesiennych słowo napiszę. Chyba nic tak nie sprzyja wskoczeniu w świat literatury, jak ciepły koc, gorące kakao lub herbata, szumiący resztkami liści jesienny wieczór i książka. W taki czas zdania smakują lepiej, a wyobraźnia jednoczy się z myślą pisarza, emocje zaś z przeżyciami bohaterów. Książki to moja pasja, to bezkresna intelektualna i duchowa podróż.
Dla wszystkich moli książkowych przygotowałam kilka fantastycznych retro zakładek. I tu trochę poległam J Małżonek podziwiając dzieła, podsumował: ależ te kobiety fascynująco eksponują pończochy. Dopiero po dłuższym czasie zauważył, że moje panie czytają książki. Faceci … Tak czy inaczej, w swej jakże sympatycznej i w pełni akceptowalnej frywolności zakładkowe dziewczyny CZYTELNICZKI, co z mocą pełną podkreślam, umilą nam literackie wieczory.
Pozdrawiam, Roksana.

czwartek, 17 listopada 2011

Kawa się nadawa: Kawa liściasta [ostatnia]

Grabiliśmy liście. Były piękne, nadal są piękne. One zawsze będą piękne. Liście są prawdziwe, tak jak prawdziwa jest przyroda, natura. Nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, cierpliwa jest, łaskawa jest. Coś pomieszałem? Nie. To jest wspólny mianownik rzeczy prawdziwych Przyroda nie zna czasu, bo przecież czasu nie ma. Rzeczy po prostu są, stają się, przez co tkwią w stałości nieograniczonej czasem, tak jak niezdefiniowany i nieokreślony jest punkt.

Stałem się częścią przyrody. Wtedy, przy grabieniu liści stanąłem poza czasem. Nagle szum myśli ustał. Zobaczyłem, że jest sens. Kolejny raz pogodziłem się, setny raz w pokorze pochyliłem czoło.
Kawa pachniała zwiędłymi liśćmi. Smakowała jak nigdy. Po prostu w ten liściasty dzień była sobą i jest zawsze sobą, rzeczywistą częścią natury. Pokochałem wtedy ją po stokroć. Nie odmierzając łyków, bo miary przecież ograniczają i psują oglądanie rzeczy, patrzyłem na mój świat. Widziałem radosnego psa wielbiącego stosy zagrabionych liści, ale nade wszystko patrzyłem na mojego Frania skupionego na rzetelnym wykonaniu swojej pracy, swojego zadania. Zatrzymałem się w szczęściu i w miłości. Nie myślałem o przyszłości. Bo przecież, gdybym nawet mówił językami ludzi i aniołów, bez takich obrazów, przy których czasem zatrzymuję się, byłbym jak ta miedź brzęcząca.

Ciężko napisane, ciężko przeczytać. Przecież to wszystkie takie banalne, takie oczywiste. Tyle słów mędrców, że moje trącą infantylnością. Jeżeli dotrwaliście, jesteście właśnie przy pozdrowieniach.
Adam

P.S. Fragmenty oczywiście z Listu Św. Pawła do Koryntian.

niedziela, 13 listopada 2011

Angels vs. Girls

Dziś znowu proponuję Wam zabawę – sondę*. Przypomnę tylko, że w konkurencji Paris vs London zdecydowanie wygrał styl paryski.  Przed Wami dwa kolejne motywy dominujące w moich pracach zawieszkowych. Jakże często pojawiają się dziewczyny w stylizacji oczywiście vintage, a zaraz potem przed oczami fruwają piękne anioły otaczając nas najczęściej opieką i ciepłym serdecznym uśmiechem. Szczerze powiedziawszy sama mam dylemat. Przecież we wszystkich moich bohaterach jest tyle uroku i wdzięku, piękna i subtelności. Często też dziewczyny stają się aniołami, a anioły to po prostu dziewczyny, kobiety. Nic to, nie będę rozpisywała się, a ocenę pozostawiam Wam. Poniżej dwa konkurencyjne sety, a na górze strony mini sonda. Oglądajcie, oceniajcie i głosujcie J
Zapraszam serdecznie, Roksana.
*Sonda działa do 20 listopada!
Anioły



Dziewczyny



środa, 9 listopada 2011

Przystanek Bellissimo. Więcej powodów

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz przejeżdżałam przez Żyrardów. Czy dopiero po tym, jak skończył się remont na drodze Mszczonów – Sochaczew i przestaliśmy jeździć do Sochaczewa przez Skierniewice, czy może wcześniej, zanim ten remont w ogóle się zaczął? Tak czy owak, miasto zawsze wydawało mi się interesujące, atrakcyjne głównie wizualnie – przez postindustrialny klimat, ceglane ściany robotniczych zabudowań, neogotycki kościół na sporym placu, ostatnimi czasy bogato iluminowanym.

Żyrardów kojarzy mi się po trosze ze Śląskiem. Powiecie, że bliżej mu przecież do robotniczej Łodzi. Pewnie, ale ja w Łodzi nigdy nie byłam, a pochodzę z miejsca, z którego do śląskich miast blisko, stąd owo skojarzenie. A zatem ze Śląskiem, głównie z ceglanymi familokami, którym – nawet przyprószonym ciemnym pyłem – trudno odmówić pewnego uroku.

Być może z tego skojarzenia moja sympatia do Żyrardowa…

***

Bellissimo też miało swój klimat. Przytulne miejsce, niby to sklep, a trochę jak w domu. Fotel z pastelowym, pasiastym pokryciem za kontuarem, na półkach słoiczki z kolorami zamkniętymi w szkle, subtelne różnice w odcieniach kawowych ziaren, krągłe kształty ciastek i pierników – wszystko miłe dla oka. Wzrokowe doznania to jednak sprawa marginalna względem przeżyć... powiedzmy, wyższego rzędu.

Miałam przyjemność być w Bellissimo zaledwie kilka razy – zawsze w sobotę, gdy za ladą stał Adam. Te spotkania miały wartość edukacyjną – to Adam wyjaśnił mi, do czego służą tykwa i bombilla, wskazywał walory różnych gatunków kaw i klarował różnice między nimi. W tych miniwykładach znać było prawdziwą pasję! Z każdego spotkania wynosiłam i inne miłe wrażenie – Adam to mistrz słowa, opowiada tak, że słucha się z przyjemnością. Zawsze po wyjściu z Bellissimo wyrażałam takie spostrzeżenie, ze szczególną sympatią odnosząc się do grubych słów zgrabnie i uroczo wplecionych w Adamową narrację. Wojtek świadkiem.


***
...nawet przyprószonym ciemnym pyłem
 – trudno odmówić pewnego uroku.

Od pewnego czasu mam zatem więcej powodów, by przyjemnie kojarzyć oglądane z okien samochodu żyrardowskie ulice. Oprócz pociągającego klimatu poprzemysłowego miasteczka: wspomnienie kameralnego miejsca pod szyldem Bellissimo stworzonego przez Roksanę i Adama, dobrej kawy, a nade wszystko spotkań z kimś, kto ma pasję i talent iście literacki.        

Serdeczności dla Adama, Roksany i Czytelników Retro Feelings,
Ela

środa, 2 listopada 2011

Jesienne róże



Może moje nie są herbaciane, ale na pewno kolorowe, ogrzewające mieszkanie ciepłem materiału w kolorze ecru. Nie będę już pisała o chłodzie jesieni, bo przecież od samego czytania przymarznąć do krzesła można. Poza tym, ileż można pisać o jesiennych chłodnych dniach. Lepiej trochę słońca w domu zaaranżować. Tak też uczyniłam. Przypomniałam sobie technikę robienia róż z materiału. Trochę to misterna praca, ale daje dużo satysfakcji, a i efekty są zaskakujące. Pojedyncze pąki wyglądają nieco samotnie, ale już w bukiecie z dyskretnym przybraniem robią niesamowite wrażenie. Tak przynajmniej wydaje się mi i mam nadzieję, że podzielicie ten pogląd. Już słyszę „ale one nie pachną!”. Pachną, pachną, zapewniam Was. Unosi się nad nimi zapach wspomnień tegorocznego, no może kapryśnego, ale jednak lata. Powspominajmy je razem, zapraszam do oglądania.
Pozdrawiam, Roksana.






czwartek, 27 października 2011

Kawa się nadawa: W słońcu Mazowsza

Jonatany ze starego sadu. Jak malowane ! :)
Oj zimno. Mimo pięknej jesieni z bajeczną grą kolorów i światła, słońce październikowe kości już nie wygrzewa. Kaloryfer parzy, znów zaczęli grzać, no ale to wciąż za mało moje serce, żeby żyć! Skok spod prysznica w kapcie i odzież ciepłą, barchanową to nie lada wyczyn. W tym termicznym telepaniu przypomniałem sobie o kawie z miodem. Żadna nowość, ale tym, którzy jeszcze nie próbowali, gorąco polecam. Smak? Zaskakujący. W filiżance rozgrywa się mała bitwa między goryczą kawy a słodkim owocem pracy pszczół. Chociaż tak naprawdę jest to starcie zdecydowanego smaku miodu gryczanego [tylko ten nadaje się do kawy] i mocnego aromatu kawy. Cierpkość i oszołomienie, a wszystko splecione w rozgrzewającej słodyczy. To działa, zwłaszcza rano.
Ostatnio odkryłem wartość dodaną miodowego, no właśnie, a może kawowego napoju. Sięgając po słój miodu zerknął na jakże znaną mi etykietę „Gyllow”. Nie, raczej nie znacie. Warto kilka słów napisać, bo w tych kilku literach ukrywa się słońce Mazowsza. Mój kolega z pracy Andrzej, w firmowych kręgach znany już jako pełnomocnik A2 z Cafe PełnyNocnik, ma gospodarstwo rolne. Jest sad i psiaki, ogródek i traktor, miejsca noclegowe dla letników i pełny spichlerz przetworów. Przede wszystkim zaś są pomysły, energia do pracy i miłość do wsi. Właściwie Andrzej ze swoimi wąsami bardziej zaczyna przypominać  dziadka z „Pomysłowego Dobromira”, przez co całe przedsięwzięcie nabiera dostojeństwa.  Jego  syn Tomek to człowiek instytucja. Młody chłopak po studiach wybrał pracę na wsi, bo … bo na wsi jest przyszłość. Andrzej skwapliwie wykorzystuje dofinansowania z Unii, Tomek sypie pomysłami i realizuje je.

W zabudowaniach gospodarczych widać wpływy
osadnictwa olenderskiego nad Wisłą. Warto poszperać w necie.

Prosperuje agroturystyka z miejscami noclegowymi [Pod Jastrzębcem], a teraz doszła grupa Gyllow Tradycyjnie . Zebrali do przysłowiowej kupy kilku znajomych ze wsi, a ci zaoferowali to, co mają najlepsze. I tak pod jedną marką są wspaniałe sery nagrodzone przez jakiegoś Marszałka, miody, jabłka starych odmian, suszone pomidory w oliwie z przyprawami i czosnkiem [normalnie hit sezonu!], warzywa, jajka od kur z zielonymi kopytkami i sam nie wiem, co jeszcze. Wszystkie wiktuały mają wspólny mianownik – w naturalny sposób urodziły się i dojrzewały w słońcu Mazowsza. Sery też, bo krówki często opalały się na łące, znaczy się, łapały słońce J
W październiku nie potrzebuję już słońca Toskanii. Kawa pasuje do suszonych pomidorów, serów, warzyw? Nie, nie sądzę. Jednak popijając rano, co prawda  nie każdego dnia, małą czarną z miodem widzę na stole malinówki od Andrzeja. One pachną słońcem i sadem, a nie jakimś holenderskim szuwaksem. Jest to zapach lata łechcącego promieniami słońca rozmytego w czerwieni owocu zmarznięte zmysły. Nadal za mało ci moje serce, żeby żyć?
Pozdrawiam, Adam.
Tradycyjny nadwiślański sad ze starymi odmianami jabłoni.

P.S. Na miły Bóg, nie odbierzcie tekstu jako reklamy. Chwalę mojego serdecznego kolegę, którego znam od dekad całych. Podziwiam jego determinację i pasję. Dziękuję mu za to, że często raczy nas tymi smakołykami. Hm, co nie zmienia faktu, że zdecydowanie polecam produkty „Gyllow” J 

niedziela, 23 października 2011

Halloween nie taki straszny :)


Ależ ten czas biegnie! Nie tak dawno narzekałam, że lato już gaśnie, że wakacje skończyły się, a tu proszę, listopad za pasem. Będzie to chyba listopad pełną gębą, mocno orzeźwiający. Już teraz przecież rano przymrozki dają znać o sobie.

Przed nami kolejny długi świąteczny weekend. Do świąt jeszcze tydzień, ale dziś pozwolę sobie na halloween’owy uśmieszek. Nowa świecka tradycja przyszła do nas, jak to większość nowych świeckich tradycji, z Ameryki. Kontrowersje, nagana, koniunktura rynkowa, żart, uśmiech, wyluzowanie, dobra zabawa – oj, ile głów tyle opinii. Ja w każdym razie przygotowałam kilka „strasznych zawieszek”.

Miłego oglądania, pozdrawiam strrrrrasznie mocno  Roksana.



Jako suplement diety - dyńka zrobiona rok temu przez chłopaków. Spoko, dynia już nie straszy, pozostała wspomniniem.

środa, 19 października 2011

Przystanek Bellissimo. O jednej z uczt

A dziś? Nie ma już „Bellissimo”.
Dyskretny urok sklepów kolonialnych poniósł wiatr….
ZAMIAST WSTĘPU

„Moje życie, o ile mnie pamięć nie zwodzi, było niegdyś ucztą, na której otwierały się wszystkie serca, płynęły wszystkie wina. Pewnego wieczoru wziąłem na kolana Piękno – i przekonałem się, że jest gorzkie – znieważyłem je.
Uzbroiłem się przeciw trybunałom.
Uciekłem.
O czarownice, nędzo, nienawiści, powierzono wam mój skarb!
Zdołałem wygnać ze swojego umysłu wszelką ludzką nadzieję. Głuchym skokiem drapieżnika rzucałem się na każdą radość, by ją zdusić.
Wezwałem oprawców, żeby konając, kąsać kolby ich karabinów. Wezwałem wszystkie plagi, by zadławić się piachem i krwią. Moim bóstwem było nieszczęście. Tarzałem się w błocie. Suszył mnie wiatr zbrodni.
Igrałem z obłędem.
I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.
Niedawno, bliski wydania ostatniego skrzeku, zapragnąłem odnaleźć klucz do dawnej uczty, na której być może odzyskałbym apetyt.
Tym kluczem jest miłosierdzie. – Pomysł taki dowodzi, że śniłem.”
                                                                                   /Arthur Rimbaud – „Sezon w piekle”/
********
Gdyby każde, najbardziej nawet prozaiczne zdarzenie zapisać igłą w kąciku oka, byłoby wspaniałą nauką dla każdego, kto życie próbuje postrzegać jako doświadczanie.
********

O doświadczaniu zatem.
Był to czas, kiedy jeszcze kupowałem pieczywo w  sklepiku.
Razu pewnego, wychodząc po dokonanych zakupach dostrzegłem vis a vis wejście do nowo otwartego lokalu.


„Wejdę entrèe do środka” – pomyślałem. Ponieważ przez przeszklone drzwi dało się zauważyć brak klientów, w myślach wyobraziłem sobie, że ekspedient (-ka), jest na zapleczu i uda się rzucić na powitanie coś światowego i z klasą: „przepraszam za pardon, czy wszak jest tu kto, czy też atoli nie?”.

Im bardziej jednak byłem wewnątrz lokalu, tym BARDZIEJ „ekspedientka” stała za kontuarem.
-„ Zacznę chyba klasycznie – przemknęło mi przez myśl – w stylu: czy jest może…., a zresztą nie, czy bywa u państwa…, hmm, przepraszam, dziękuję i do widzenia”.
Przyjrzałem się wnętrzu sklepu. Trudno było doszukać się artykułów z reklam telewizyjnych. Na półkach  pojemniki z egzotycznymi herbatami, szklane słoje z różnymi rodzajami kaw, jakieś ciastka, czekolady, soki, przetwory. Trochę bibelotów. Akcesoria do parzenia herbaty. Wszystko utrzymane w miłej dla oka tonacji.                                                                                                                                                    Dyskretny urok dawnych sklepików kolonialnych.
Mam! (przypomniał mi się Oliveira z powieści Cortazara)
- „Czy dostanę u państwa yerba mate?”
Dostałem. Półgodzinny wykład o rodzajach mate, sposobach parzenia i akcesoriach do tego niezbędnych.
Okazało się , że „žena za pultem” jest właścicielką przybytku.
Nieco później dowiedziałem się , że ma na imię Roksana. „Gdzież Twój Cyrano?” – pomyślałem wtedy.
Był i Cyrano. Miał na imię Adam, może różnił się nieco od literackiego pierwowzoru (no nie ten nos…), ale inteligencją i oczytaniem z pewnością mu dorównywał.
Taki był początek moich peregrynacyj do  „Bellissimo”.
Oczywistym jest, że toruńskie pierniki, czy kolejna paczka mate były tylko pretekstem do pogłębiania i zacieśniania (czytaj: doświadczania).
Mogłem opowiadać o metodzie Hahnemanna (a mogę o tym długo i namiętnie), odrobinę o literaturze… O muzyce…, o muzyce chyba nie zdążyłem (jak mogłem nie wspomnieć o Hendrixie?!).
Kiedy zaś pogłębianie i zacieśnianie osiągnęło swój horyzont, przyszedł czas by dawać słuszny odpór, piętnować zdrajców w łonie partii i komentować poczynania naszych, oby żyli wiecznie, Umiłowanych Przywódców.

Tak było…
A dziś? Nie ma już „Bellissimo”. Dyskretny urok sklepów kolonialnych poniósł wiatr….
Chociaż… Nie! Przecież one ciągle są w nas! Spoczywają gdzieś w zakamarkach duszy, czekając aż się je odkurzy i oczyści z grubych warstw patyny. Pobrzmiewają echem  opowieści o dawno zapomnianych wartościach. O czasach, które miały ducha i ludziach, którzy mieli dusze.
Przecież na miłość Boską gdzieś musi istnieć ten świat, w którym uczciwość jest normą, słowo honoru świętością, odwaga obowiązkiem, wstydliwość i skromność cnotą. Gdzie słabszemu podaję się rękę a błądzącemu okazuje miłosierdzie. Gdzie można rozmawiać bez lęku, że treść rozmowy posłyszą „policje tajne, jawne i dwupłciowe”.
Przecież na miłość Boską gdzieś musi istnieć taki świat…..
W nas?.....
Pozdrawiam. Sinuhe.

sobota, 15 października 2011

Urodzinowy kwartalnik

Słuchajcie, normalnie „Saga o ludziach lodu” ! Trochę żartuję, ale weszliśmy w kwartał rocznic naszych urodzin. Tak się stało, zapewne przy dużym udziale sił natury, że wszyscy urodziliśmy się w czwartym kwartale roku. Zabrzmiało to jak dane statystyczne GUS’u. W październiku urodziny celebruje Jaś, w listopadzie kolejną osiemnastkę wyprawiam ja, a w grudniu najpierw Franek mężnieje o jeden rok, a Adamowi zostanie już tylko 5 lat do emerytury [ostatnio chodzi tylko i marudzi , mówi, że przed zimą brzuch mu rośnie od słodyczy].
Jednak nie pisze tego, żeby przedłożyć  Wam sprawozdanie z naszych uroczystości. Chcę dziś wszystkim złożyć życzenia urodzinowe, bo tak naprawdę każdy dzień to nasze Święto. Niepowtarzalne, jedyne takie, wypełniające nasz Świat. Cały czas jestem pod dużym wrażeniem postu Lusi. Bywalcy Diamentowego Koszyka wiedzą,  o czym piszę.

Dlatego dziś życzę Wam radości z każdego dnia. W małym prezencie – urodzinowe zawieszki J i bukiecik.
Serdeczności, Roksana.


I jesienny paryski bukiecik. Dużo uśmiechu!

środa, 12 października 2011

Kawa się nadawa: Kawa jest z Afryki

    Ostatnio w szkole naszych dzieci została przeprowadzona akcja promocyjno – edukacyjna zorganizowana przez „ Fundację dla Somalii”. Problemy Półwyspu Somalijskiego znane są raczej wszystkim, a wielu z nas wie, że w większości konfliktów okrutnego świata najbardziej cierpią dzieci. Ubóstwo, głód, brak wody, choroby, brak dostępu do edukacji. A przecież to tylko, a właściwie na Czarnym Lądzie aż, potrzeby podstawowe dla egzystencji człowieka. Cieszę się, że moje dzieci trochę poznały ten świat, dowiedziały się o tym, że są na świecie dzieciątka, dla których istnieje inny wymiar radości i cieszenia się z każdego dnia. Z drugiej strony zasmuciłem się, bo oto pomyślałem o połączonych czystych serduszkach dzieciaków ze wszystkich szkół w Polsce, które niestety nie zmienią sytuacji w Somalii. My, dorośli doskonale wiemy, że tak naprawdę Nasz Humanitarny Świat umocowany w kulturze Zachodu [transatlantyckiej] wykazuje daleko idącą bezradność. Nie przesłania to jednak budzącej się dzieciach wrażliwości, a to przecież w naszym mikrokosmosie jest najważniejsze.
    Czasem zastanawiam się skąd w facecie, który ma trzydziestkę z dużym okładem, odzywa się naiwny licealista wierzący w siłę dobrej myśli i potęgę słów oraz organicznego działania. Przecież teraz dla zdecydowanej większości wydarzeń jestem li tylko kibicem w kapciach. Patrzę i milczę. Z jednej strony chcę sumiennie wykonywać swoją pracę, bo wiem, że od niej zależy [przynajmniej trochę] powodzenie innych, zwłaszcza dzieci. Czasem wykażę jakąś aktywność przy organizacji wydarzeń społecznych, pomogę jakiemuś stowarzyszeniu, wesprę esemesem fundację, kupie kartkę do Św. Mikołaja, przekażę książki do ośrodka pomocy społecznej, ubranka do PCK [+ obowiązkowa świeca wigilijna]. Druga strona to bezradność i ogarniający mnie nihilizm.
    Ludzie nie mogą dogadać się w prostych rzeczach. Widzimy choćby polityków. Oni nie słuchają siebie wzajem. Więcej! Myślę sobie, że mówią do siebie językami, których Bóg na niebiesiech nie wymyślił nawet dla budowniczych Wieży Babel! I teraz sobie myślę, że przecież MY możemy przez moment mówić wspólnym językiem. My miłośnicy kawy możemy dołożyć ziarenko pomocy dla Afryki. Podziękujmy Półwyspowi Somalijskiemu za kawę. Możemy szukać w wielu źródłach danych o pochodzeniu kawy, ale niemal zawsze dojdziemy do Etiopii. Tak, kawa jest z Afryki! W Somalii akurat nie ma plantacji, ale już w sąsiadującej Etiopii, choćby na wzgórzach Sidamo, rośnie jedna z najlepszych kaw świata.
    Dlatego zjednoczeni w smaku kawy, pomóżmy w takiej malutkiej drobince kawowego ziarna. Stowarzyszenie Sprawiedliwy Handel prowadzi sklep, a w nim szczególnie polecam dziko rosnącą etiopską perełkę. Wyobraźcie sobie, że każdego poranka w domu unosi się zapach z kawowych plantacji prosto z planu filmowego „Pożegnania z Afryką”.
Pozdrawiam życzliwie, Adam.

niedziela, 9 października 2011

Paris vs. London

Zauważyłam ,że w moich pracach, nie tylko w zawieszkach, ścierają się dwa style. Może inaczej, dominują motywy zaczerpnięte ze stylistyki retro angielskiej lub francuskiej. Nie wiem, na ile moje wybory są świadome. Myślę, że bardziej kieruje się podświadomą tęsknotą za marzeniami o Paryżu oraz wspomnienia z pobytu w Londynie.
Dlatego dziś proponuję Wam małą zabawę. Zamieszczam zestaw „francuski” i set „angielski” zawieszek. Proszę oglądać, pocmokiwać troszkę, oceniać i wyrazić swoją opinię w zamieszczonej na górze stronie mini sondzie. Sama jestem ciekawa, co wybierzecie – Paryż czy Londyn?

Regards, Roxanne
AU REVOIR !

ROZDANIE ANGIELSKIE





SET FRANCUSKI






środa, 5 października 2011

Przystanek Bellissimo: Pięć filiżanek z życia

W pewnym wieku czas zaczyna przyspieszać –
podobno spowodowane jest to skalą już przeżytych dni.

Pierwsza filiżanka

Tak naprawdę kawa pojawiła się w moim życiu razem z Dziewczyną. Akademik, czajnik elektryczny, kubek z zabawnym zielonym psem (prezent od kogoś z liceum jeszcze), a w nim Tchibo z żółtej torebki (tej 250-gramowej). Ta kawa – z fusami, a jakże – towarzyszyła nam codziennie, rytuał popołudniowy, gdy po zajęciach przychodził czas na długie rozmowy, słuchanie Kate Bush i Petera Gabriela (niekoniecznie w duecie).

Druga filiżanka

Pierwsza wizyta w domu mojego promotora. Profesor od pierwszych zajęć był dla studentów Kimś. Każdy na swój sposób próbował sobie radzić w zderzeniu z Jego osobowością. Jedni dawali się upupić (choć nie było to celem Profesora) i wchodzili na powrót w świeżo zrzuconą wylinkę licealną, wkuwając stosowne fragmenty podręcznika. Inni starali się nadążyć za myślą Profesora, co – zważywszy na to, że byliśmy na pierwszym roku – było z góry skazane na niepowodzenie i stawało się źródłem frustracji. Jeszcze inni stroili się w piórka leserów i próbowali pozować na chojraków z gumą do żucia między zębami (nieszczęśnicy!). Żadna piątka z egzaminu nie dała mi tyle satysfakcji, ile ta otrzymana od Profesora. Cztery lata później stawiłem się, nie bez wahań, na seminarium Profesora, co okazało się początkiem dłuższej przygody. Mimo to każde spotkanie było dla mnie trudnym przeżyciem. Zatem pierwsza wizyta... Miałem odebrać pierwszy rozdział pracy. Stres nieprawdopodobny. Żona Profesora zaproponowała coś do picia – poprosiłem o kawę – ale nawet na torturach nie przypomnę sobie, czy to była banalna kawa rozpuszczalna, czy parzona po turecku, czy wyciśnięta z ekspresu. Profesor przerzucał kartki wydruku, dzieląc się spostrzeżeniami na temat tekstu, a ja próbowałem skryć się za filiżanką, świadom swojej intelektualnej marności...

Trzecia filiżanka

Kawa z bardzo ważnym Szefem Pewnej Instytucji, o której jest głośno, a która nie wiadomo co robi. Otrzymałem zadanie załatwienia podpisu pod umową. Można było oczywiście wysłać umowę pocztą, ale czas naglił. Wsiadłem więc do firmowej limuzyny i pomknęliśmy do siedziby rzeczonej Instytucji. Szef od razu zaproponował kawę albo herbatę. Herbaty w takich okolicznościach nigdy nie wybieram, więc otrzymałem całkiem przyzwoitą kawę z lekką pianką. Podpisanie dwóch egzemplarzy umowy, łącznie z parafowaniem każdej strony, nie mogło zająć dużo czasu. Pozostały więc do końca wizyty czas został precyzyjnie wyznaczony przez zawartość mojej filiżanki. Należało więc wypić kawę tak, aby nie nadwerężyć cierpliwości Szefa i nie poparzyć sobie języka. Rozmawialiśmy o niczym, czyli o finansowaniu kultury w Polsce.

Czwarta filiżanka

Po dziesięciu latach pracy w jednym miejscu można mieć dość. Czasem wystarczy kilka słów rzuconych tu i tam w rozmowie ze znajomymi, by... zadzwonił telefon od Nowego Pracodawcy z Propozycją. Tak się właśnie stało. Szczegóły miały zostać omówione w kawiarni w jednym z warszawskich centrów handlowych. Jej nazwa padła podczas rozmowy telefonicznej. Mimo trudów – obce miasto, koniec zimy i deszcz, a do tego niedokładna mapa – z lekkim opóźnieniem udało się dotrzeć pod centrum. Żeby nie tracić czasu, zapytałem panią na najbliższym stoisku: „Przepraszam, gdzie tu jest Cafe Seven?”. „Cafe Seven?” – zastanowiła się – „Hm, nie wiem. Tam” – wskazała w prawo – „jest Coffeeheaven, ale gdzie jest Cafe Seven, nie wiem”. Nowy Szef już czekał. Niestety smaku kawy nie pamiętam, bo waga rozmowy zupełnie przesłoniła walory smakowe.

Piąta filiżanka

Trochę niepokoju, trochę ekscytacji pomieszanej z onieśmieleniem. Z takimi uczuciami pierwszy raz przekraczałem próg Bellissimo. Nie próbowałem sobie wyobrażać ani miesiąc wcześniej, gdy rozmawiałem z Adamem, ani w drodze do Żyrardowa, jak będzie wyglądał sklepik. Zanim dotarłem pod właściwy adres, pobłądziłem w wąskich uliczkach Żyrardowa, by wreszcie znaleźć miejsce parkingowe pod kościołem. Kilka kroków dalej odnalazłem Bellissimo. Nie pamiętam, jak długo się nie widzieliśmy – rok, dwa? W pewnym wieku czas zaczyna przyspieszać – podobno spowodowane jest to skalą już przeżytych dni, czyli im więcej wagoników za nami, tym prędzej pędzimy naprzód po torowisku życia. Nie bardzo rozumiem, jak to działa, ale fakt, że prędkość robi się zawrotna. Dlatego z tym większą przyjemnością wykroiłem dwie godziny z sobotniego przedpołudnia na postój na przystanku Bellissimo – spędziłem tam kilka miłych chwil przy najlepiej zaparzonej kawie, jaką dane było mi pić. To była zapowiedź kilku kolejnych, niezapomnianych wizyt w Bellissimo. Szkoda, że więcej nie będzie...

Wojtek [ wojt ]

niedziela, 2 października 2011

Skarbonki Uczuć

Na chwilę wyjdę z tematu zawieszek. Jesień za oknem objawia się tęczą dojrzałych kolorów, zatem i nastrój nieco mam nostalgiczny. Zebrałam część swoich woreczków haftowanych i tych z aplikacjami. Trochę rozczuliłam się, bo ostatni z nich zrobiłam dokładnie rok temu. Czas biegnie szybko, a mi znowu zatęskniło się za haftowaniem. No ale tu właśnie kłania się czas, który szepce mi do ucha, że przecież praca, obowiązki, etc.

Pomyślałam sobie, że te woreczki to takie małe skarbonki uczuć. Przechowują często takie nasze małe skarby, bibeloty, pamiątki dnia codziennego, które samodzielnie niewiele znaczą, a zebrane w jednym miejscu malują obraz naszych uczuć i wspomnień.  Pokazuję teraz owe skarbonki w nadziei, że spodobają się Wam.
Z pozdrowieniami, Roksana.