piątek, 8 lipca 2011

Nie ma róży bez motyli

Lubię piątkowe wieczory,kiedy po tygodniu najemnej pracy mogę w pełni wskoczyć w świat domowego zacisza. Teraz to dopiero zaczynam pracować! Wycinanie, klejenie, postarzanie, scrapkowanie, wyszukiwanie motywów i pomysłów. Zatrudniłam nawet stażystów. Jasio z Frankiem rwą materiały na paseczki, Adam wycina tagi (z tym ma najmniejsze problemy), pies w pełnej gotowości do dogoterapii. Życie szefa i kreatora w jednej osobie jest nader przyjemne.
Wczoraj zrobiłam różyczki lniane, a wszystko to przepasałam materiałem ostemplowanym motylkami. Zapewniam tu, ze motylki nie są efemeryczne i długo nacieszą wzrok nowego właściciela. Chwalę się pracą mężowi. Jak zawsze jest zachwycony, bo cóż może innego powiedzieć :) Zatem proszę o coś bardziej konstruktywnego. "Adamie"- mówię tonem bardzo oficjalnym. Wtedy jest nadzieja,że małżonek przyjmie prośbę bardzo poważnie. "Wymyśl mi - kontynuuję - tytuł posta na nasz blog związanego z ostania moją pracą". No i usłyszałam: "Nie ma róży bez ognia!". Rany Julek, pomyślałam, czy jemu wszystko musi kojarzyć się z jakimkolwiek obrazem [czyt. film w nomenklaturze Adama]???
Zostało jednak, z małymi zmianami oczywiście. Różyczki lniane są, kolcy nie ma. Ognia też nie ma, ale są motylki cudaczne. Zerknijcie proszę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz