wtorek, 30 sierpnia 2011

Kawa się nadawa: Sky Bar

Wreszcie wyrównał. Najgorsze za mną. Znowu dostałem miejsce z widokiem na skrzydło. Nie lubię tego miejsca, bo nie mogę oderwać wzroku od płata, który ciągle porusza się, jakby chciał się urwać. Nic to. Najważniejsze, że znowu jestem bliżej nieba.
- Przepraszam, co Panom podać? – spytał anielski, uśmiechnięty głos stewardesy.
- Dla chłopców cola, dla mnie kawa, oczywiście czarna i bez cukru – odpowiedziałem równie wdzięcznie, nawet odrobinę zalotnie, ale zaraz  pomyślałem, że przecież dla pięknej pani moje preferencje kawowe nie są takie oczywiste.
- Proszę bardzo, tylko pozmywajcie po sobie naczynia – oznajmił kilka minut później znajomy, ba [!], nawet bardzo znajomy głos.
- Co to za zwyczaje w tych liniach lotniczych ?– z oburzaniem podniosłem głowę i spojrzałem prosto w oczy stewardesie. Ze zdziwieniem zobaczyłem swoją żonę.
- Roksana? – ze strachem przełknąłem ślinę intonując przy tym zgłoski nieco piskliwie. – A co Ty dorabiasz do pensji muzealnika w Locie? – Zdobyłem się na odwagę i zripostowałem.
- Adam, obudź się ! Znowu tabletki pomyliłeś? – skwitowała z troską żona.
Jak to pomyliłem, pomyślałem sobie. Przecież nie biorę żadnych proszków. Ha, ha , ha, śmieszne! Nic tylko małżowinkę łyżkami jeść. I tak zostałem szybko sprowadzony na ziemię. Zapewniam Was jednak, że nie jest ze mną aż tak źle.
Nasi chłopcy wymyślili wspaniałą zabawę. Do zabawy potrzebne są: komputer z dostępem do netu, lornetka, aparat fotograficzny, ławka, cola i kawa. Wpisujemy w przeglądarce adres www.flightradar24.com , przygotowujemy wspomniane napoje, rozsiadamy się wygodnie na ławce, w pogotowiu pod ręką czeka radziecka lornetka.

Obowiązkowo lornetka! Najlepiej radziecka, może jednak być kubańska lub jugosłowiańska.
Franciszek biegnie do komputera i sprawdza, co dzieje się nad naszym niebem. Po kilku minutach melduje nam, że właśnie w stronę Wiskitek zbliża się samolot. Sprawdza wszystkie jego dane i przybiega do nas. „Tato, za dwie minuty przeleci A320 Lufthansy na wyskości 2000 m z prędkością 400 km/h” – oznajmia Franek, jak zawsze w takiej chwili podekscytowany. Jasiek bierze lunetę i wypatruje maszyny. I wiecie co? Faktycznie w ciągu dwóch minut na naszym niebie mknie piękny airbus, błyszczący w słońcu, leniwie przeszywający chmury. Problem pojawia się, gdy małpkowatym aparatem fotograficznym próbuję zdjąć samolot. Nie zawsze udaję się ta sztuka, a efekt bardzo często jest mizerny. W naszej zabawie często gości złośliwość losu. Kiedy maszyny latają naprawdę nisko, a i czasem przeleci cesna czy nawet paralotnia z uśmiechniętym pilotem, nie mamy wtedy aparatu.



W każdym razie zabawa jest przednia. Przez kilka chwil w tygodniu jesteśmy wniebowzięci, bo przecież „człowiek musi sobie od czasu do czasu polatać”. I tak sobie latam z filiżanką czarnej mocnej kawy.

- Chłopaki, orient! Stewardesa idzie, szklanki myjcie, szybciutko!

Pozdrawiam, Adam
A Elmo wypatruje samolotów z zamkniętymi oczami.

4 komentarze:

  1. Świetną zabawę wymyśliliście, a Ty rewelacyjnie to opisałeś ... i akcent humorystyczny (tabletki, które niby nie biorę ...) MUSZĘ TEŻ ZAZNACZYC', ŻE WSPANIAŁE IMIONA DALIŚCIE CHŁOPAKOM.TAKIE "DZIADKOWE" - mój dziadek, którego pamiętam przez mgłę i to jako jedyna z wnucząt, miał właśnie na imię Franciszek ... I te imiona powinny wracac' ! Pozdrawiam. Aha, Elmo naprawdę przez duże "E" !!! Listonosz musi miec' ciężkie życie ...

    OdpowiedzUsuń
  2. ihihihihihihihihi i tylko tyle :) ściskam mocno Stewardesę !!!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. A stewardesa ściska mocno Monique;)). Mam nadzieję, że niedługo coś napiszesz u siebie, bo czekam już z ogromną niecierpliwością.
    Calusy:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Barashko jak retro to retro nawet imiona dla dzieci;).Twój kot bije Elmo na głowę w wyluzowanym podejściu do życia - pozazdrościć...kotu oczywiście;))
    Ściskam Cię mocno.

    OdpowiedzUsuń