wtorek, 23 sierpnia 2011

Przystanek Bellissimo. Klient incydentalny



Czego to my nie robiliśmy, żeby zadowolić naszych klientów? Chyba tylko cyrkowców z Julinka nie sprowadzaliśmy na weekendowe promocje, ale tylko dlatego, że podwarszawskiej szkoły tej znamienitej sztuki już po prostu nie ma. Cyrkowców nie było, za to my gimnastykowaliśmy się niczym artyści namiotowi na trapezie dla zdobycia uznania klientów. Przez długie miesiące hołdowaliśmy starej handlowej zasadzie, która stanowiła, kto jest naszym Panem i komu dogadzać trzeba, aby samopoczucie sprzedawcy lepsze było.
Przeszliśmy świat wzdłuż i wszerz, a potem wszerz i wzdłuż w poszukiwaniu towarów oryginalnych. Podróże te nie ograniczały się tylko do wycieczek po wirtualnych sklepach w przepastnej globalnej sieci elektronicznej. O nie, siadaliśmy w autko i ruszaliśmy na spotkanie z przygodą. Wycieczek było naprawdę dużo i nie sposób ich w jednym krótkim poście opisać. Skupimy się na dwóch kierunkach.
Kierunek Berlin.
Ech, co to były za eskapady. Pełne ekscytacji, długie i męczące, ale wypełnione humorem i pasją jeżdżenia przed siebie, tak po prostu z obowiązkową kawą na stacji benzynowej. Te kawy po drodze to już była przygoda sama w sobie, bo nigdy nie wiadomo, w co się usta zamoczy. Pierwsze zetknięcie z niemieckimi hurtowniami było fascynujące. Cóż za uprzejmość, ile słodyczy premium, ile kawy niespotykanej, a w dodatku szacunek niemieckiego przedsiębiorcy za każde pozostawione euro. Złego słowa powiedzieć nie możemy. Kolejna jednak podróż ostudziła naszą miłość do zakupów pod Berlinem. Przez kilkanaście kilometrów jadąc w kierunku niemieckiej stolicy siedziała nam na ogonie niemiecka policja w czeskiej skodzie. Nagle wyprzedzili nas, włączyli jakieś dziwne koguty z napisem „folgen” i kazali jechać za sobą. Masakra! Dlaczego? To pytanie waliło w głowie jak młot pneumatyczny. Wywieźli nas daleko od szosy na jakiś tajemniczy parking pod lasem. Zatrzymali się, patrzę w lusterka, a tam trzech rosłych funkcjonariuszy. Potem okazało się, że trzeci duży policjant jest kobietą, co nie zmięło faktu, że bardzo rosłą kobietą. Roksana z niepokojem zadała pytanie, które odbiło się niemym echem: czego oni od nas chcą? Puk, puk w okienko … „ID bitte”. Popatrzyli i odjechali. Jeszcze było „doswitanija”. To byli spadkobiercy DDR, my natomiast byliśmy dawnymi uczestnikami wymiany młodzieży z Gery i Rudolstadt (też DDR). To wszystko? Po prostu ID bitte? Przy okazji okazało się, że znam niemiecki, taki stresowy. Zdążyłem się tylko spytać, jak wrócić na autostradę, ale odpowiedzi nie usłyszałem, tylko enigmatyczne wymachiwanie dłonią połączone z kierunkowym wyginaniem palców. Teść przez całą akcję siedział bardzo opanowany, potem podsumował – „Tak, chcieli zobaczyć jak wyglądała świetnie utrzymana frontera. Przecież oni takich nie mają”.


Kierunek Warszawa.
Raz w tygodniu jeździliśmy do hurtowni w Broniszach {w nomenklaturze handlowej: na Bronisze}. Obiekt gigant z gigantycznym powszechnym zaopatrzeniem w dobra spożywcze dla setek sklepów i sklepików spożywczych osiedlowych oraz wiejskich. Jednak w tej dżungli znaleźliśmy sporo perełek delikatesowych, które wprowadzały nas w zachwyt, a pracowników hurtowni i innych klientów w zakłopotanie, osłupienie, niekiedy nawet doprowadzając do szoku. Nagle okazywało się, że w tej hurtowni są wykwintne przyprawy, oliwy, którymi nie powstydziłaby się Toskania, kawy indyjskie i niezłe włoskie mieszanki espresso, słodycze godne wiedeńskich kawiarni i herbaty konfekcjonowane w stylu kolonialnym. Nurkując w najbardziej ukryte zakamarki szukaliśmy i znajdowaliśmy. Co chwilę jakiś brzuchacz z saszetką na pasie pytał: „ Co tam macie? Dobre to? Sprzedaje się?”. „Noo, a jak! Super herbata, dobra i sprzedaje się” – odpowiadaliśmy z entuzjazmem. Zawsze po tych słowach odbieraliśmy na twarz spojrzenie współczucia, a brzuchacz ładował wózek po brzegi minutką, sagą, kręcąc przy tym głową, jakby chciał powiedzieć „oj głupi, głupi”. Jeszcze kilka zakrętów i jesteśmy przy kasie. Pracownicy patrzyli na nas co najmniej podejrzliwie. Prawie zawsze wyrażali zdziwienie, że takie produkty są w asortymencie hurtowni. A jednak były, częściej na pólkach niż w systemie komputerowym, ale były! W każdym razie stanowiliśmy egzotykę wśród bywalców gigantycznej hurtowni. Po latach odwiedzin zajrzałem raz kasjerowi w komputer. Jak mi było przykro! Przy naszych danych, podkreślony na czerwono, palącą oczy czcionką komunikat KLIENT INCYDENTALNY! Brakowało nam tylko tej emotikonki z takim diabełkiem, co ma jęzor wywalony na brodę. Wszystko jasne! Brakowało jeszcze adnotacji „nie pajacuj” J

Dobrze, to już dziś nie pajacujemy. Pozdrawiamy cieplutko.

4 komentarze:

  1. Masz narracyjny dar. Czyta się jak dobrą książkę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. ha,ha,ha ... nie mogę ... ale pointa ! Za(...)iste ! Chociaż my też czasami dostajemy odgórne zlecenia z napisem: "uwaga, trudny klient" ... A klient potrafi byc "trudny", do tego stopnia, że człowiek zaczyna się zastanawiac, czy problem głodujących dzieci w Afryce nie jest już przypadkiem podrzędną sprawą w stosunku do problemów owego klienta ... Ale o tym to już książkę można napisac. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. uwielbiam te opowieści :)))))) i obiecuję że będę pierwszą czytelniczką tej dobrej książki :)))) no może drugą , zaraz po żonie ;)))) pozdrawiam ciepło Adama L.

    OdpowiedzUsuń
  4. Elżbieto,Moniko, dziękuję pięknie. Wasze uznanie jest dla mnie niezwykle cenne. Jest szalenie miło.
    Barasko, to są właśnie aspekty życia w Polsce. Chyba jednak TU jest trochę inaczej.

    OdpowiedzUsuń