środa, 10 sierpnia 2011

Przystanek Bellissimo.Łola Boga, rynku ni mo!

Majowy sobotni poranek. Słońce jeszcze nieśmiałe, ale już zapowiadało cudowną wiosnę. Leniwie wyszedłem z samochodu przy gasnącym łupaniu ATC „Around the world”, odwiecznym hicie RMF FM. Tak na marginesie, zastanawiające jest, jak żywotny może być zespół jednego przeboju. Bardziej jednak zadziwia mnie fakt, że to nijakie infantylne „lalalalala” wprowadza mnie w dobry nastrój.  Spoglądając na poły zamkniętymi oczami na ciepłą czerwień murów, cieszyłem twarz słonecznymi promieniami, układając sobie w głowie proporcje ziaren na kolejną mieszankę kawy idealnej na popołudniowe espresso. Zbliżałem się do naszego sklepiku. Cisza, spokój i oczekiwanie na zapach kawy, który za chwilę miał wypełnić mój nos i całe płuca. Napawając się tą chwilą, zrezygnowałem nawet z papierosa. Z letargu obudził mnie piskliwy głośny krzyk, który wydobył się kobiecej piersi. Modulacja dźwięku tak okrutna dla ucha jest niemożliwa do odtworzenia. W owej warstwie muzycznej słychać było tragizm i upadek, niepewność i oczekiwanie, ból i dogorywanie. Zanim dotarł do mnie komunikat, nieco wystraszony czujnie  przystanąłem.
-„Heńka, tragedia! Co my teraz zrobim! Łola boga, rynku ni mo!!!” – scenicznie oznajmiła kobieta, ciągnąc za sobą po nierównym chodniku torbę zakupową na kółkach.
-„Jak to ni mo? Zaraza jaka, czy co?” – z trwogą, ale i z niedowierzaniem spytała Heńka.
- „No coś Ty, żartowałam, buu hi hi hi. Heńka, daj spokój” – skwitowała tajemnicza kobieta z torbą na kółkach. Heńka natomiast wydała stanowcze ostrzeżenie:
„Nie żartuj tak, bo serce mam słabe!”
Ten zapach zawsze mnie uszczęśliwiał.

Krótka wymiana zdań opisała dogłębnie zjawisko społeczne, jakim jest rynek handlowy małego miasta. Każdy z nas na pewno ma swoje spostrzeżenia, opinie i oceny. Dla mnie rynek jest zjawiskiem określającym w dużej części mentalność naszą. Sam stworzyłem sobie dychotomiczny obraz od pełnej pogardy do sentymentalnych wzruszeń. Z jednej strony uwielbiam stragany z warzywami, oryginalnymi jajkami i twarogami, żywą kurą i kaczuszką, beczki wypełnione kiszonymi ogórkami etc. To jest właśnie mój rynek dzisiejszy i ten z dzieciństwa. Druga strona to tandeta, brud, dziwny design przedmiotów codziennego użytku, zastanawiające wzornictwo odzieży i życie wypełnione intrygującymi zależnościami interpersonalnymi. Wyrwanie naszemu Miastu rynku, to tak jak pozbawienie organizmu tętnicy.
Rynek w życiu handlowym jest punktem odniesienia do całej wymiany towarów i obrotu pieniężnego w Miasteczku. Tu wybijam na klawiaturze wielkie NIESTETY. Sobotni dyżur w sklepie związany był z odwiedzinami klientów, którzy właśnie wracali z rynku. Część z nich uzupełniała swoje zapasy kawy i herbaty, kupowała wyszukane słodycze na niedzielne rodzinne spotkania. Jednak często odwiedzali nas ankieterzy rynkowi, którzy czujnym konsumencki okiem wpatrywali się w półki, oglądając, dotykając, wąchając prawie każdy produkt. Wszystko to odbywało się w wielkiej ciszy i majestatycznym skupieniu. Schemat zawsze był taki sam, niezależnie, kto był ankieterem. Co chwilę słychać było pomrukiwanie, odgłosy zdziwienia, niedowierzania. Tajemnicze psychologiczne, niczym po treningu negocjacji, spojrzenia na sprzedawcę, czyli na mnie. Czasem, ale naprawdę czasem padało krótkie pytanie, wypowiedziane zwięźle bez żadnego zabarwienia emocjonalnego „A to, co to jest?”. Odpowiedź właściwie była zbędna, ale kurtuazyjnie udzielałem jej. Trwało to około 5 – 6 minut, po czym następowało podsumowanie kontroli. „Na rynku jest taniej.” To był wspólny mianownik każdej wizyty ankietera. W zależności od zaangażowania i nastawiania emocjonalnego opcjonalnie ocena opisowa uzupełniona była o informacje:  kto u Was kupuje, bo ja na pewno nie; taką kawę (!!!) ma chłop na rynku; jajek nie macie, to co to za delikatesy.

Kiedyś bardzo mnie to denerwowało. Dlaczego? Sądzę, że nie muszę rozpisywać się w tym miejscu. Teraz jednak myślę sobie, że rynek jest na trwale wpisany w świadomość mieszkańców i dla większości z nich pozostanie punktem odniesienia, takim kontekstem do opisywania i oceniania wielu rzeczy i spraw związanych nie tylko z wymianą handlową. Dziś już tego nie oceniam, po prostu rynek był, jest i będzie. W jakim kierunku będzie ewaluował, nie wiem.
Łola Boga, spokojnie. W sobotę jadę z teściową na rynek J  
Droga prosto na rynek!

2 komentarze:

  1. Piękny "melodramat". Aż mnie skusił do refleksji ... nigdy za zgiełkiem nie przepadałam, ale chyba wolę ten "rynek z Łola Boga" niż zabetonowaną "Galerię handlową ze sztucznym: w czym Pani pomóc". Trochę mi tęskno za tą prostotą dnia codziennego ...

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdecydowanie jest to pozytywna strona targowisk. Tylko, w moim odczuciu, ta prostota dnia codziennego od kilku lat ucieka z naszego "rynku Łola Boga". Szkoda, a najbardziej tęsknię za punktem nabijania syfonów z niesamowitą maszynerią i panem, co ostrzył noże i nozyczki. Za galeriami handlowymi nie przepadam.

    OdpowiedzUsuń