wtorek, 13 września 2011

Kawa się nadawa: Co z tą literaturą?

...między stolikami kawiarni Paryża
Dziś będzie krótko i bardzo poważnie. Gromadzący się we smutek w połączeniu z narastającą złością stanowią materiał wybuchowy, a przecież nie chcemy eksplozji uczuć, które nie będą ni odrobinę retro. Prawda? Dobrze, przechodzę do rzeczy i już piszę, co mi na wątrobie leży.
Pewnego wieczoru zająłem się lekturą, za dużo powiedziane, zająłem się oglądaniem albumu „Najsłynniejsze kafejki literackie Europy” autorstwa Noel Riley Fitch. Wydawnictwo otrzymałem kilka lat temu od kolegów, kiedy to zmieniałem miejsce pracy. Znali moją pasję, zatem książka o kawie i kawiarniach była bardzo miłym pożegnalnym upominkiem. Wziąłem do ręki album [trochę odleżał się], musnąłem go opuszkami palców, potem włożyłem nos miedzy karty, aby ocenić jakość papieru i farby drukarskiej. Nie jest to normalne zachowanie, ale  taką procedurę rozdziewiczania książek wszelkich stosuję od lat. Rozpocząłem podróż po czarujących zakątkach Europy, a dość dobre fotografie Adrew Midgley’a zdecydowanie pomogły mi w przeskakiwaniu między stolikami kawiarni Paryża, Wiednia, Madrytu, Londynu, Lizbony, Rzymu, Pragi i wielu innych zacnych miast starego kontynentu. Proszę, proszę. Tu rozprawiał Dickens, przy tym stoliku spijał kawę Hugo, a tam kącie przesiadywał Sartre . Jeszcze Camus, Kafka, Hasek, Puszkin, Dostojewski i kończę. Faktycznie, sztandarowe postacie świata literatury, frontmeni europejskiej kultury i sztuki. Wszystko pięknie, ale gdzie kawiarnie Krakowa czy Warszawy? Zajrzałem na ostatnie strony albumu, a tam misternie wymalowana mapa kontynentu z zaznaczonymi obiektami, które wcześniej zostały opisane przez panią Fitch. Polski nie ma na mapie! Autorka ominęła nas szerokim łukiem, jak trędowatych! Rumunia, Węgry, Austria, Czechy, Niemcy, Skandynawia, a potem nagle Rosja. Fantastycznie, w jednej chwili znowu poczułem się Polakiem ignorowanym przez cały świat. Przez głowę przebiegło dziesiątki pytań i nie mniej zdań oznajmujących. A co z naszymi noblistami literackimi? Gdzie są nasi pisarze, poeci, dokumentaliści? Sienkiewicz, Reymont, Szymborska, Miłosz, Herbert, Gombrowicz, Kapuściński. Chwila zadumy i ochłonąłem.
Pomyślałem sobie, że tak naprawdę naszej literaturze brakuje kilku ważnych rzeczy, przede wszystkim dobrej światowej promocji. Jednak o wiele istotniejszy, w moim odczuciu, jest brak uniwersalnego charakteru dzieł wychodzących spod pióra ziomków naszych. Jedyny Polak, który mi przychodzi do głowy, a który podbił świat swoim słowem i wizją to Stanisław Lem. Spojrzałem przez chwilę na polskich romantyków. Europa ich nie łyknęła, bo chyba nikt ich po prostu nie rozumiał, w przeciwieństwie do romantyków rosyjskich czy niemieckich. Chopin natomiast bardziej był do posłuchania, niż do poczytania. Wracając do Reymonta. Dla mnie „Chłopi” nadal są w swej płaszczyźnie obyczajowej i analizie ludzkiej natury aktualni i uniwersalni. Jednak dla reszty świata sceneria łowickiej wsi chyba nie jest atrakcyjna.
Dlatego dziś zadaję Wam pytanie „co z tą literaturą?” Nie jestem fachowcem, ale sercem, bardziej niż rozumem, oceniam i stawiam znak zapytania. Chciałbym mylić się, a pod postem zobaczyć odpowiedzi, które powiedzą mi, że jest inaczej, że Polska faktycznie leży na europejskim szlaku kawiarni literackich. 

Pozdrawiam, Adam.


Dla ostudzenia emocji i obniżenia ciśnienia, dziś proponuję filiżankę herbaty w zawieszkowym wydaniu Roksany.



2 komentarze:

  1. Tak, właśnie hermetyczność polskiej literatury wskazuje się jako powód nieczytania jej za granicą...

    Z drugiej strony nie jest dramatycznie. Jeśli chodzi o współczesnych literatów: trudno mówić o światowym zasięgu, ale są tacy, których czytuje się w Europie. Stasiuk, Sapkowski, Masłowska, Tokarczuk mają swoich zwolenników choćby u naszych sąsiadów z prawa i z lewa, i z dołu. Są tłumaczeni, a na spotkania autorskie stawiają się licznie czytelnicy. To trochę buduje, prawda?

    Co do wyboru kawiarni literackich do rzeczonej książki... Stawiałabym raczej na ignorancję autorki albo na ograniczenia redakcyjne i konieczność wyboru spośród mnogości materiałów niźli na tak złą kondycję polskiej literatury, że nie warto o niej wspomnieć. A poza tym coś mi się zdaje, że Szymborska w kawiarniach nie przesiadywała :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Elżbieto, nie wiesz nawet, jak bardzo cieszę się z Twojego wpisu. Jest wiele powodów mojego zadowolenia, jednak najistotniejsze jest, że na Twoje pocieszające „prawda?” odpowiadam „prawda!”.

    Nie jestem zbyt łaskawy dla ignorancji autorki, czy kłopotów związanych z selekcją materiałów do wydawnictwa. Ignorancja jednak z czegoś wynika. Może to być brak wiedzy redaktorów lub problem, który nieudolnie starałem się nakreślić w poście.

    Dziękuję za Szymborską, nie wiedziałem! Zadziornie jedynie mogę spytać, jak to możliwe? 

    OdpowiedzUsuń