wtorek, 6 września 2011

Przystanek Bellissimo. Teatr

Kolejny sobotni poranek, jeden z tych słonecznych, ale z orzeźwiającym powietrzem i ostrym zapachem jesieni. Uwielbiam powtarzalność dni rozłożonych w mistycznej przestrzeni miedzy brzegami babiego lata a złotej polskiej jesieni. Wtedy do tego leniwego świtania pałałem miłością szczególną. Rytualnie otwierałem naszą żyrardowską kawową trafikę. Zawsze było tak samo. Szczęk zamków drzwi, rozbrajanie alarmu, zwijanie rolet i budzenie okien ze snu, przygotowywanie młyna żarnowego, w końcu poranna kawa i papieros. Stawałem na chodniku i pełną mocą wypełniałem płuca mieszanką tytoniowego dymu i zapachu miasta przeszytego wonią marniejących na drzewach liści. W jednej chwili stawałem się Auggie’m, a Wayne Wang ustawiał kamerę tak, aby najpełniej wykorzystać barwy światła. Czekałem na swoich filmowych gości. Często przychodzili. Zostawiali niesamowite ślady prozaicznych sytuacji, anegdot, historii życiowych, rozmów o kawie, herbacie, cygarach i o kobietach. Fascynujący świat, tak jak fascynujący to byli goście. Jednak im chciałbym podziękować w innym poście. Teraz przypominam sobie, że częściej z planu filmowego brooklyńskiej trafiki przenosiłem się do teatru.
Teatr był to klasyczny. Była scena i kurtyna, były światła i scenografia, wreszcie byli widzowie i aktorzy. Repertuar nigdy nie był ustalany, a wystawiane sztuki rodzili najczęściej przypadek, spontaniczne zachowania aktorów, czasem też fanaberia i złośliwe poczucie humoru właściciela tego swoistego fotoplastykonu (czyt. autora tekstu). Daruję wszystkim zabawy w domorosłego psychologa, choć tak naprawdę wielką odgrywaną sztuką było codzienne życie i zachowania ludzi, którzy w strumieniu przechodniów stawali się wielkimi indywidualnościami. Zdecydowanie preferowałem wyraziste role.

Scena, ekran, telebim, akwarium, okno. Po jednej i po drugiej stronie aktorzy i widzowie. Żywy fotoplastikon!
Bardzo często scena zamieniała się w szybę wielkiego akwarium. Chwila oczekiwania i podpływał wielki glonojad. Czaił się w swej ciekawości, zaglądał nerwowo, by nagle z całą witalnością gwałtownie przykleić twarz do okna. Matko, krzyczałem w duchu. A sio, a sio, bo znowu szybę ajaxem będę musiał spryskiwać. Na deskach wystąpiło także sporo charakterów rodem z filmów noir. Smutne postacie ziejące grozą i tajemniczością snuły się jak cienie bezszelestnie wynurzając zza murku oddzielającego od siebie okna. Wykonywały szybkie skoki, by okraść wzrokiem sklep z całego asortymentu. Kilka sekund wystarczało na zlustrowanie wszystkich półek. W oczekiwaniu na finalne spojrzenie na moją postać, udawałem , że niczego nie widzę. Zwieńczeniem akcji był ukradkowy detektywistyczny rzut oka, który miał dać pewność mojemu bohaterowi, że przemknął przez scenę niezauważony. Wiele radości dostarczali także mimowie, zazwyczaj pary umocowane w związkach partnerskich lub hybrydy matka – córka, w których często nie mogłem odróżnić, kto jest matką, a kto córką. Ocena towaru, decyzja o zakupach, czy nawet o zwykłym odwiedzeniu wnętrz odbywała się na ulicy. Nie słysząc słów, szczególnie wrażliwa stała się u mnie percepcja na ruch kończyn ciała. Niestety, ku mojemu ubolewaniu, a uwaga dotyczy całego świata aktorskiego, coraz mniej artystów potrafi grać twarzą. W każdym razie fantastyczne posługiwanie się rękoma przy komunikowaniu tworzyło nader interesujące przedstawienie. Rzadko kiedy miałem okazję uścisnąć dłoń aktorom, bo ci zazwyczaj uciekali szybko ze sceny, zostawiając mnie w duchowym niezaspokojeniu wrażeń artystycznych. Wdzięcznymi aktorami były zwierzęta. Ceniłem ich za naturalność, której brakuje profesjonalistom. W pamięci utkwiła mi walka szeregowego Franka Dolota z pobliskich „czerwonaków” z jakimś czarnym charakterem, będącym przedstawicielem wrogich sił. Mój żyrardowski biały gołąbek wygrał z czarnym ptakiem bitwę o kawałek kartofelka. W scenę wpadłem, jak w najlepszy film i co chwilę pokrzykiwałem „tylko nie po oczach czarny ptaku, Franek nie daj się!”.
W naszym teatrze gościła również scena jednego aktora, bo oto widzowie mogli również mnie podziwiać. I tak odgrywałem rolę zapracowanego subiekta Rzeckiego, pochylonego nad zamówieniami, fakturami etc., by za chwilę stać się Drakulą z przenikliwym i hipnotyzującym wzrokiem. Oj tak, to działało zwłaszcza na glonojadów! Zawsze chciałem być bohaterem zdjęcia z tabloidów. Moim marzeniem była poza chłopa stojącego z widłami na polu, który unosząc do góry rękę z oczami wlepionymi w bliżej nieokreślony punkt, pokazywał miejsce lądowania UFO. Zatem unosiłem rękę, zastygałem w bezruchu i patrząc się w nicość, wzbudzałem nie tyle podziw, co niebywałe zainteresowanie gapiów. Byłem tak sugestywny, że nie znalazł się widz, który nie spojrzał w kierunku wyznaczonym przez mój palec.
Teraz, po wielu miesiącach, brakuje mi naszego teatru. Grywałem w wielu szkolnych przedstawieniach, brałem udział w konkursach recytatorskich, bawiłem do łez nauczycieli jako żuczek żółtobrzuszek, Stefek Burczymucha czy płaczliwy Albin ze „Ślubów Panieńskich”. Jednak takich emocji i wrażeń, jak Teatr Bellissimo, nie dostarczył mi żaden inny spektakl.
Pozdrawiam wszystkich moich widzów i aktorów J Show must go on!

Światła gasną, przedstawienie trwa dalej :)

3 komentarze:

  1. Szanowny Panie Wokulski,
    nie rozumiem z jakiegosz to powodu próbuje się Pan skrywać za plecami tak rzetelnego i szczerego człowieka jakim jest Pański pracownik - Pan Rzecki. Wszak oczywistem jest, że piszesz Pan o sobie! Ten romantyk skryty w grubej skorupie sklepikarza to przecież Pan właśnie! Ten teatr, który Pan sobie przedstawiasz, ni to dworując, ni z sympatią się o gościach swoich wypowiadając, wybitnie, muszę przyznać, przypadł mi do gustu. Uświadomił mi jednocześnie jakim sam bywam aktorem wchodząc do tego, czy innego magazynu w poszukiwaniu codziennych utensyliów. Wyborne to doprawdy przedstawienie: klient w roli aktora i subiekt, albo jego pryncypał, w roli i widza, i reżysera!
    Pozostaję z wyrazami głębokiego szacunku.
    Pański oddany klient.

    OdpowiedzUsuń
  2. Obnażyłeś mnie Wojtku :) Jednak z takim wdziękiem, tak pięknym słowem i zdaniem całym, że proszę o więcej.
    Myślę sobie teraz, że bliżej mi chyba do Wokulskiego, niż do Rzeckiego. Do stacji Skierniewice też mam teraz bliżej :) [to taki żart].

    OdpowiedzUsuń
  3. Wczoraj zaczęłam pisac' komentarz, ale przyszła siostra z pracy i ... "sio mi stąd ..." Świetny tekst, wpada w ucho jak niemalże jakaś linia melodyczna, lubię taką płynnośc' opowieści. A filozofia psychiki ludzkiej i jej ułomności - rewelacyjna ! Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń