środa, 21 września 2011

Przystanek Bellissimo.Z życzliwością chrzan w kostkach

Kilka razy w tygodniu nowe bukiety,zawsze ze świeżych cuksów. 

- Jaką mógłby pan mi polecić dobrą herbatę?
- Cóż, polecam wyśmienitą yunnan specjal lub yunnan golden tips. Jest po prostu rewelacyjna i w dobrej cenie.
- Tak, yunnan? A skąd jest ta herbata?
- Z Chin szanowna pani.
- O nie, nie. Co to, to nie. Ja proszę pana piję tylko polską herbatę!
Tak, najlepsza herbata rośnie na wzgórzach nad Soliną – pomyślałem sobie, o losie słodki. Co mi zatem pozostało? Słodki, nieco sztuczny uśmiech, który jednak miał być wyrazem serdeczności i podziękowanie za dyskusję niewątpliwie wzbogacającą moją wiedzę.
Życzliwość to jednak jest trudna sprawa. Myślę sobie, że życzliwość nie funkcjonuje jako byt samodzielny, bowiem zawsze łączy się z czymś, co wcale łatwe w budowaniu relacji interpersonalnych nie jest. Tylko w grupie życzliwość ma się dobrze i nabiera sensu. Przechodzę zatem do parowania. Życzliwość – cierpliwość, życzliwość – asertywność, życzliwość – empatia, życzliwość – radość …  Resztę pozostawiam Wam, bo na pewno zbudujecie sobie świetne tandemy.
Dobrych słodyczy nigdy nie brakowało.
W pracy w sklepie życzliwość wymuszała na mnie niejako pokorę. Uśmiech, tysiące wypowiedzianych słów rzetelnie informujących o towarze, przyjmowanie zbędnej krytyki, wysłuchiwanie niedorzeczności, przyjmowanie złośliwości, a wszystko w imię budowania majestatycznego wizerunku miejsca wypełnionego pozytywną energią.  Ku mojemu ubolewaniu często następowały zakłócenia w przepływach emocji, powodując zachwianie bilansu energetycznego. Najczęściej brakowało mi cierpliwości, a permanentna nauka pokory częściej wywoływała złość niż satysfakcję.  Jestem przekonany, że wielu klientów celowo z niebywałą konsekwencją i systematycznością działania wystawiało mnie różnymi metodami na próbę. Standardem było pytanie o nowości. Właściwie dzień bez nowego towaru był dniem straconym i powodował zgorszenie odwiedzających oraz narastającą frustrację sprzedawcy. Kawy, herbaty, czekolady, przyprawy, ciastka i cała reszta musiała być opatrzona niewidzialnym znaczkiem „new”. Poważną grupę moich osobistych trenerów stanowili klienci, którzy zawsze życzyli sobie rzecz, która akurat „wyszła”. Metodą prostych pytań ankietowych z zamkniętymi odpowiedziami szukali towaru, którego nie było. Oto przykład. Pytanie: „ Jest herbata zielona jaśminowa?” Odpowiedź: „Tak J”. W przerwie „Ach, tak”. No to dalej. Pyt. „A jest zielona z opuncją?” Odp.: „Tak, proszę bardzo J”. W przerwie na zmarszczonym myślą czole pojawiał się migający czerwonymi diodami LED napis „Hm, kurcze, jest! Źle.” Pyt. „Jest zielona z kaktusem?” Odp.”Dziś skończyła się, ale jutro będzie świeża dostawa J. Nagle na czole zmarszczki zadumania rozproszyła zielona poświata lampek – „Mam Cię!”, a przez struny głosowe przemknął zwerbalizowany komunikat „ Bo ja właśnie chciałam kaktusową.” Tak, tak, chciała kaktusową. Wiele dni, wiele lat sklep mnie uczył pogody, parafrazując tekst wyśpiewany przez Łobaszewską i Sojkę. Nauczył, a jakże. Czasem jednak złośliwe poczucie humoru górowało nad życzliwością.
- Macie coś nowego?
- Oj, miałem coś, czego pani szuka, coś idealnego dla pani podniebienia. Niestety ostatnie sztuki sprzedałem przed chwilą. Absolutna nowość importowana z Indii!
- Tak, a co to było takiego? [Tu udało mi się wzbudzić ocierająca się o grzech ciekawość.]
- Chrzan w kostkach! Idealna przyprawa do kawy po turecku.
- Jaka szkoda, że już nie ma. [Niewymuszone zmartwienie.] Kiedy będzie nowa dostawa?
- Proszę przyjść za tydzień.
Tydzień minął szybko, a ja nawet przez ułamek sekundy nie spodziewał się, że moja klientka wróci. Owszem wróciła, uśmiechnięta, ale w kącikach ust zdradliwie drżały ciekawość i zniecierpliwienie. Nie szukała już nowości, tylko z marszu spytała, czy jest już chrzan w kostkach. Motyla noga– pomyślałem w duchu. Przecież mogłem tydzień temu powiedzieć, że mamy trenowane żywe azjatyckie małpki do ubijania kawy w kolbie ekspresu ciśnieniowego z aktualną książeczką szczepień.

Pozdrawiam z całego serca i naprawdę ŻYCZLIWIE.

Kawy natomiast zawsze było pod dostakiem.

9 komentarzy:

  1. Ha, ha, ha ... ja nie mogę, ale "pojechałeś". Skąd ja to znam ... ? Mieliśmy chyba tych samych klientów ...

    OdpowiedzUsuń
  2. ihihihihihihi piękne i jakie prawdziwe !!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Emm, to ja jedną małpkę poproszę, bo albo za słabo, albo za mocno kawę ubijam :)
    Życzliwość na wolnym rynku jest tym samym co poprawność polityczna w życiu publicznym. Nie chodzi o to żeby być dla kogoś miłym, ale o to by nikogo, kto potencjalnie zysk przynieść może, nie urazić. Gratulując "chrzanu w kostkach" pozostaję z pozarynkową życzliwością.

    OdpowiedzUsuń
  4. świetny tekst Adam! chichrałem się szczerze i głośno parę razy przy lekturze
    pozdr. marek

    OdpowiedzUsuń
  5. Barashko, Monique, Marku! Radością moją jest Wasz uśmiech na twarzy :) Dziękuję.
    Wojtku, to chyba trochę smutne, ale właśnie taki świat sobie kreujemy, dlatego niech ten chcran w kostkach będzie przynajmniej symbolem lekkiego wyluzawania i małego oddechu :)

    Pozdrawiam wszystkich cieplutko, już jesiennie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Przypomniała mi się kolejna historia:
    -"Są krówki?"
    - "Tak, oczywiście":)
    -"Ciągutki czy kruche?"
    - "Ciągutki"
    -"O to nie, ja chciałam kruche"
    Zawsze było na opak. W końcu wzięłam się na sposób i mieliśmy i kruche i ciągutki. I teraz uwaga co się dzieje, ten sam dialog:
    -"Są krówki?"
    -"Tak"
    - "Ciągutki czy kruche"
    odpowiadam z usmiechem na twarzy:
    - "I takie i takie"
    - "aaachaaa...no tak no to może innym razem"
    I badź tu człowieku mądry;))).
    Tego typu dialogów były setki, ale były też osoby z którymi ubóstwiałam rozmawiać i w tym miejscu chciałabym pozdrowić Pana Jacka:), Panią Ewę, Edytę i Was: Marku i Wojtku:) Olę, Ewę i mnóstwo innych osób, które dawały mi wiarę, że to co robię ma sens DZIĘKUJĘ!
    Roksana

    OdpowiedzUsuń
  7. Bóg zapłać za pozdrowienia i dobre słowo. Oddawam powyższe w dwu- a nawet trójnasób. Na ścieżkach żywota człek nawiedza miejsca mające powab wysp zaczarowanych. "Bellissimo" jest jedną z nich (proszę wybaczyć nostalgiczną manierę, jestem wszakże po projekcji filmu z przedwojnia, świat zaklęty w czarno-białych taśmach z celuloidu posiada dla mnie ów powab). Współczesny świat utracił ducha, pozostaje zatem sentyment do miejsc z "duszą". I (dopraszam się łaski, a za Wiechem, mniemam się być człowiekiem z salonowem wykształceniem) z całym szacunkiem dla Państwa inwencji i starań, internet nie zastąpi bezpośrednich (face to face, by nie rzec cheek to cheek)), jak to określił roztropnie Pan Adam - relacji interpersonalnych. Mimo wszystko cieszę się z nawiązania ponownie kontaktu. Pozostaję z nadzieją na nowe "Bellissimo". Dołączam komsomolskie pozdrowienie "czuj duch", czy też "darz bór", jakoś tak...
    J.

    OdpowiedzUsuń
  8. Szanowny "J". Nawet nie wie Szanowny "J", jak brakuje mi tych wizyt i rozmów, zazwyczaj krótkich, ale jakże celnych w swych konkluzjach. Staram się wypełniać ową pustkę podczas wizyt u "J". Spotaknia sporadyczne, raczej efemeryczne, jednak zawsze pozostawiające ślad konwersacji, który pozostaje w pamięci i co najważniejsze, nie jest głuchą wymianą zdań.

    OdpowiedzUsuń
  9. :-DDDDD Ciekawa jestem Adamie jak radzisz sobie z frustracją, kiedy zamykasz sklep z życzliwością, asertywnością, kawą, uśmiechem, herbatą?? ;-)) Rewelacyjny post!

    OdpowiedzUsuń