wtorek, 30 sierpnia 2011

Kawa się nadawa: Sky Bar

Wreszcie wyrównał. Najgorsze za mną. Znowu dostałem miejsce z widokiem na skrzydło. Nie lubię tego miejsca, bo nie mogę oderwać wzroku od płata, który ciągle porusza się, jakby chciał się urwać. Nic to. Najważniejsze, że znowu jestem bliżej nieba.
- Przepraszam, co Panom podać? – spytał anielski, uśmiechnięty głos stewardesy.
- Dla chłopców cola, dla mnie kawa, oczywiście czarna i bez cukru – odpowiedziałem równie wdzięcznie, nawet odrobinę zalotnie, ale zaraz  pomyślałem, że przecież dla pięknej pani moje preferencje kawowe nie są takie oczywiste.
- Proszę bardzo, tylko pozmywajcie po sobie naczynia – oznajmił kilka minut później znajomy, ba [!], nawet bardzo znajomy głos.
- Co to za zwyczaje w tych liniach lotniczych ?– z oburzaniem podniosłem głowę i spojrzałem prosto w oczy stewardesie. Ze zdziwieniem zobaczyłem swoją żonę.
- Roksana? – ze strachem przełknąłem ślinę intonując przy tym zgłoski nieco piskliwie. – A co Ty dorabiasz do pensji muzealnika w Locie? – Zdobyłem się na odwagę i zripostowałem.
- Adam, obudź się ! Znowu tabletki pomyliłeś? – skwitowała z troską żona.
Jak to pomyliłem, pomyślałem sobie. Przecież nie biorę żadnych proszków. Ha, ha , ha, śmieszne! Nic tylko małżowinkę łyżkami jeść. I tak zostałem szybko sprowadzony na ziemię. Zapewniam Was jednak, że nie jest ze mną aż tak źle.
Nasi chłopcy wymyślili wspaniałą zabawę. Do zabawy potrzebne są: komputer z dostępem do netu, lornetka, aparat fotograficzny, ławka, cola i kawa. Wpisujemy w przeglądarce adres www.flightradar24.com , przygotowujemy wspomniane napoje, rozsiadamy się wygodnie na ławce, w pogotowiu pod ręką czeka radziecka lornetka.

Obowiązkowo lornetka! Najlepiej radziecka, może jednak być kubańska lub jugosłowiańska.
Franciszek biegnie do komputera i sprawdza, co dzieje się nad naszym niebem. Po kilku minutach melduje nam, że właśnie w stronę Wiskitek zbliża się samolot. Sprawdza wszystkie jego dane i przybiega do nas. „Tato, za dwie minuty przeleci A320 Lufthansy na wyskości 2000 m z prędkością 400 km/h” – oznajmia Franek, jak zawsze w takiej chwili podekscytowany. Jasiek bierze lunetę i wypatruje maszyny. I wiecie co? Faktycznie w ciągu dwóch minut na naszym niebie mknie piękny airbus, błyszczący w słońcu, leniwie przeszywający chmury. Problem pojawia się, gdy małpkowatym aparatem fotograficznym próbuję zdjąć samolot. Nie zawsze udaję się ta sztuka, a efekt bardzo często jest mizerny. W naszej zabawie często gości złośliwość losu. Kiedy maszyny latają naprawdę nisko, a i czasem przeleci cesna czy nawet paralotnia z uśmiechniętym pilotem, nie mamy wtedy aparatu.



W każdym razie zabawa jest przednia. Przez kilka chwil w tygodniu jesteśmy wniebowzięci, bo przecież „człowiek musi sobie od czasu do czasu polatać”. I tak sobie latam z filiżanką czarnej mocnej kawy.

- Chłopaki, orient! Stewardesa idzie, szklanki myjcie, szybciutko!

Pozdrawiam, Adam
A Elmo wypatruje samolotów z zamkniętymi oczami.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Z kart starego pamiętnika

                                
 
                              
                                    Czasami duszy ludzkiej potrzeba
                                  szalonych gromów, wichrów i burz
                                  czasami znowu błekitu nieba
                                 odblasku cudnych wschodzących zórz,
                                 gorących czasem promieni słońca,
                                 czasami ciszy, ciszy bez końca...

                                                                18.VII. 1922r.









Najszlachetniejszy kamień jest ten,
który wszystkie inne kraje siebie nie kalecząc.
Najszlachetniejsze serce jest to właśnie,
które raczej siebie skaleczyć daje,
niż inne zadraśnie!

                        14.III. 1922r.















Jeśli kto szepcząc o miłości swojej
dobiera słów
Nie wierz, bo miłość szelestu się boi
jak anioł snów.


                                       15.X.1920r.





    Kto z twej miłości
    będzie stroił żarty,
    niech spłonie
    jak rożek tej karty...


                 16.IX.1924r.














Choć promień szczęścia do mnie się nie śmieje,
choć los dał mi smutki zamiast wesela,
choć w pierś mi zasiał burze i zawieje
zawsze myśl moja ku słońcu wystrzela.
Tak w głuszy leśnej wyniosła topola
kruchemi w niebo gałązkami biegnie,
zdruzgotać ją może wichrów swawola,
ale do ziemi czoła nie zegnie.

                             25.II.1925r.

środa, 24 sierpnia 2011

Irysy w naszym "pępku świata"

Irysowe candy sprawiły nam nie lichą przyjemność. Miejsce zakotwiczenia zaczarowanych kwiatów było dla nas oczywiste od samego początku, tam gdzie między niebem a ziemią pijemy najlepszą kawę na świecie, a żelazne ptaszyska przypominają nam cały czas o naszych podniebnych marzeniach. Chodziliśmy w naszym l’ombelico del mondo z łopatą, workiem ziemi i wiaderkiem wody. Tu może nasikać pies, tu dzieciaki grają w piłkę, tutaj jest za mało słońca, a tu … jest stary słup z wielkimi otworami, który od zawsze był planowany na wielki kwietnik. Tak, to chyba dobry pomysł. Kurteczka, nam się wydawał dobry, nie wiemy, jak ten pomysł oceni dasz DARCZYŃCA J [tu ukryty pod linkiem].
Staraliśmy się wykonać dokładnie procedurę według instrukcji zawartej w liście.
Realizacja krok po kroku.



I efekt końcowy.


Małe drzewko, sąsiad irysów.


Pięknie dziękujemy Barashce i składamy uroczystą obietnicę dbania o roślinki.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Przystanek Bellissimo. Klient incydentalny



Czego to my nie robiliśmy, żeby zadowolić naszych klientów? Chyba tylko cyrkowców z Julinka nie sprowadzaliśmy na weekendowe promocje, ale tylko dlatego, że podwarszawskiej szkoły tej znamienitej sztuki już po prostu nie ma. Cyrkowców nie było, za to my gimnastykowaliśmy się niczym artyści namiotowi na trapezie dla zdobycia uznania klientów. Przez długie miesiące hołdowaliśmy starej handlowej zasadzie, która stanowiła, kto jest naszym Panem i komu dogadzać trzeba, aby samopoczucie sprzedawcy lepsze było.
Przeszliśmy świat wzdłuż i wszerz, a potem wszerz i wzdłuż w poszukiwaniu towarów oryginalnych. Podróże te nie ograniczały się tylko do wycieczek po wirtualnych sklepach w przepastnej globalnej sieci elektronicznej. O nie, siadaliśmy w autko i ruszaliśmy na spotkanie z przygodą. Wycieczek było naprawdę dużo i nie sposób ich w jednym krótkim poście opisać. Skupimy się na dwóch kierunkach.
Kierunek Berlin.
Ech, co to były za eskapady. Pełne ekscytacji, długie i męczące, ale wypełnione humorem i pasją jeżdżenia przed siebie, tak po prostu z obowiązkową kawą na stacji benzynowej. Te kawy po drodze to już była przygoda sama w sobie, bo nigdy nie wiadomo, w co się usta zamoczy. Pierwsze zetknięcie z niemieckimi hurtowniami było fascynujące. Cóż za uprzejmość, ile słodyczy premium, ile kawy niespotykanej, a w dodatku szacunek niemieckiego przedsiębiorcy za każde pozostawione euro. Złego słowa powiedzieć nie możemy. Kolejna jednak podróż ostudziła naszą miłość do zakupów pod Berlinem. Przez kilkanaście kilometrów jadąc w kierunku niemieckiej stolicy siedziała nam na ogonie niemiecka policja w czeskiej skodzie. Nagle wyprzedzili nas, włączyli jakieś dziwne koguty z napisem „folgen” i kazali jechać za sobą. Masakra! Dlaczego? To pytanie waliło w głowie jak młot pneumatyczny. Wywieźli nas daleko od szosy na jakiś tajemniczy parking pod lasem. Zatrzymali się, patrzę w lusterka, a tam trzech rosłych funkcjonariuszy. Potem okazało się, że trzeci duży policjant jest kobietą, co nie zmięło faktu, że bardzo rosłą kobietą. Roksana z niepokojem zadała pytanie, które odbiło się niemym echem: czego oni od nas chcą? Puk, puk w okienko … „ID bitte”. Popatrzyli i odjechali. Jeszcze było „doswitanija”. To byli spadkobiercy DDR, my natomiast byliśmy dawnymi uczestnikami wymiany młodzieży z Gery i Rudolstadt (też DDR). To wszystko? Po prostu ID bitte? Przy okazji okazało się, że znam niemiecki, taki stresowy. Zdążyłem się tylko spytać, jak wrócić na autostradę, ale odpowiedzi nie usłyszałem, tylko enigmatyczne wymachiwanie dłonią połączone z kierunkowym wyginaniem palców. Teść przez całą akcję siedział bardzo opanowany, potem podsumował – „Tak, chcieli zobaczyć jak wyglądała świetnie utrzymana frontera. Przecież oni takich nie mają”.


Kierunek Warszawa.
Raz w tygodniu jeździliśmy do hurtowni w Broniszach {w nomenklaturze handlowej: na Bronisze}. Obiekt gigant z gigantycznym powszechnym zaopatrzeniem w dobra spożywcze dla setek sklepów i sklepików spożywczych osiedlowych oraz wiejskich. Jednak w tej dżungli znaleźliśmy sporo perełek delikatesowych, które wprowadzały nas w zachwyt, a pracowników hurtowni i innych klientów w zakłopotanie, osłupienie, niekiedy nawet doprowadzając do szoku. Nagle okazywało się, że w tej hurtowni są wykwintne przyprawy, oliwy, którymi nie powstydziłaby się Toskania, kawy indyjskie i niezłe włoskie mieszanki espresso, słodycze godne wiedeńskich kawiarni i herbaty konfekcjonowane w stylu kolonialnym. Nurkując w najbardziej ukryte zakamarki szukaliśmy i znajdowaliśmy. Co chwilę jakiś brzuchacz z saszetką na pasie pytał: „ Co tam macie? Dobre to? Sprzedaje się?”. „Noo, a jak! Super herbata, dobra i sprzedaje się” – odpowiadaliśmy z entuzjazmem. Zawsze po tych słowach odbieraliśmy na twarz spojrzenie współczucia, a brzuchacz ładował wózek po brzegi minutką, sagą, kręcąc przy tym głową, jakby chciał powiedzieć „oj głupi, głupi”. Jeszcze kilka zakrętów i jesteśmy przy kasie. Pracownicy patrzyli na nas co najmniej podejrzliwie. Prawie zawsze wyrażali zdziwienie, że takie produkty są w asortymencie hurtowni. A jednak były, częściej na pólkach niż w systemie komputerowym, ale były! W każdym razie stanowiliśmy egzotykę wśród bywalców gigantycznej hurtowni. Po latach odwiedzin zajrzałem raz kasjerowi w komputer. Jak mi było przykro! Przy naszych danych, podkreślony na czerwono, palącą oczy czcionką komunikat KLIENT INCYDENTALNY! Brakowało nam tylko tej emotikonki z takim diabełkiem, co ma jęzor wywalony na brodę. Wszystko jasne! Brakowało jeszcze adnotacji „nie pajacuj” J

Dobrze, to już dziś nie pajacujemy. Pozdrawiamy cieplutko.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Keep calm i ... wyluzuj.

Zrobiłam nowe zawieszki. Pomyślałam sobie, że tagi jak tagi i nic w nich aż tak szczególnego nie ma. Niestety prace zobaczył Adam, który w swej niesłychanej bystrości umysłu {to żart} i nieodgadnionym poczuciu humoru, ujrzał w nich przesłanie. O Matyldo! Usłyszałam, że te zawieszki mają prosty, może banalny, ale jakże ważny i ignorowany przez smutne społeczeństwo "message"! Adam posunął się dalej i powiedział - "Wyluzuj dziewczyno, zrób posta na blogu". Zatem proszę :)

Dobra, rozpoczynamy koncert życzeń dla "radosnych" rodaków: kochaj zwięrzęta, pij herbatę, podróżuj, a przede wszystkim KOCHAJ!
... jedz ciasteczka, słuchaj muzy i wyginaj się, pisz, wysypiaj się i więcej UŚMIECHU!

Tak to wygląda w praktyce. Przesłanie trafia prosto w zwoje myślowe.



wtorek, 16 sierpnia 2011

Kawa się nadawa: Chińska motorynka i włoski ekspres do kawy

Wypracowane przez Włochów żelazne zasady parzenia idealnego espresso są znane każdemu bariście, prawie każdemu kawoszowi i zapewne sporej części wielbicieli kawy, którzy zbyt mocno nie zagłębiają się w problematykę zagadnienia. Dlatego krótko. Zasada 4 M określa cztery warunki konieczne do skomponowania perfekcyjnego napoju : ekspres (La Machina), młynek do kawy (La Machinadosatore), mieszanka ziaren (La Miscela) i człowiek, jego umiejętności (La Mano). Właściwie to powinno być 4 La, a piosenka byłaby gotowa. Mieszanki mieliśmy zawsze dobre, młynek był świetny, ale drogeryjny, natomiast w nasze umiejętności tak sobie wierzyliśmy. Postanowiliśmy kupić włoski ekspres automatyczny znanej firmy, który robił niemal wszystko… do czasu.

Mazzer Luigi, też Włoch :) Powtórzmy: La Machinadosatore! Jednak nie do końca, bo to jest młynek drogeryjny. Sprzedawca zapewniał nas, że będzie chodził jak "kałach". Cokolwiek miał na myśli, młyn działał perfekcyjnie.

Maszyna służyła dobrze w sklepie (vide „Przystanek Bellissimo) przygotowując kawę dla naszych klientów. Potem udomowiliśmy ją {maszynę} i każdego ranka cieszyliśmy swoje podniebienia świetnie zaparzoną kawą. Ja raczyłem się espresso z urzekającą cremą, natomiast Roksana bardziej spijała spienione mleczko z kawy, czyli popularną kawę z mlekiem. I tak było prawie przez dwa lata. Tuż przed upływem gwarancji ekspres coraz częściej buntował się, nie wiedzieć czemu. Dbaliśmy o niego przecież bardzo: czyszczenie, konserwacje, odkamienianie, rozmowa i wspólne słuchanie muzyki etc. W zamian, zapewne w wyrazie wdzięczności, zaczął warczeć i buczeć na nas, by w ten sposób zakomunikować, że więcej kawy już nam nie będzie robił. Pierwsza wizyta w serwisie pomogła na niecałe dwa tygodnie, no a druga wizyta to już była po okresie gwarancji! No co za pech i dziwny zbieg okoliczności. Teraz to fachowcy zażyczyli sobie 800 zeta za wymianę jakiegoś elementu mechanicznego. Nie mieliśmy wtedy nadwyżki finansowej, jak się okazało kilka dni później, na szczęście.
W geście szczodrości podarowaliśmy maszynę teściowi. Pomyśleliśmy sobie, że w nowym miejscu będzie miał lepsze przepływy energii ;-) Nie miał lepszych przepływów, ale w firmie teścia sprawą zainteresowała się Pan Złota Rączka. Tego nie przewidzieliśmy! Zawzięty chłopak, sprytny i zdolny rozkręcił sprzęt, dłubał, patrzył, mruczał, drapał się po głowie. Potem maszynerię na nowo skręcał i próbował, cierpliwie bez stresu, z namaszczeniem godnym fachowca przedwojennego. Po kilku dniach z zawodowym spokojem, ale i profesjonalnym stoickim uśmiechem oznajmił – „Szefunciu, ekspres działa jak ta lala”. Mamma mia! Włoch działa, jak ta lala { to nowa zasada 4 x la}, sprawnie i bez powarkiwania na właściciela. Bez zagłębiania się w tajniki techniczne i technologiczne. W całym tym elemencie do wymiany za kilka setek wyskakiwała jakaś tulejka. Jej brak powodował buczenie, a w konsekwencji unieruchomienie mechanizmu. Pan Złota Rączka powiedział, że z tulejkami to nie ma żadnego problemu, bo takie same kupuje do swojego chińskiego skuterka. Następnego dnia w firmie był  już cały woreczek tulejek, tak na wszelki wypadek, za całe 5 zł J


I nasza La Machina. Teraz chodzi "jak ta lala". Kawę robi naprawdę pyszną, mimo, że to automat. Załapała też sie moja ręka z telefonem!

Włoska maszyna już nie służy w naszym domu, bo wiadomo, kto daje i odbiera ten się w złym miejscu poniewiera. Radosne jednak jest to, że ekspres trafił w dobre ręce miłośnika kawy, natomiast my mamy nowe miejsce do smakowania małej czarnej.

Pozdrawiam, Adam

środa, 10 sierpnia 2011

Przystanek Bellissimo.Łola Boga, rynku ni mo!

Majowy sobotni poranek. Słońce jeszcze nieśmiałe, ale już zapowiadało cudowną wiosnę. Leniwie wyszedłem z samochodu przy gasnącym łupaniu ATC „Around the world”, odwiecznym hicie RMF FM. Tak na marginesie, zastanawiające jest, jak żywotny może być zespół jednego przeboju. Bardziej jednak zadziwia mnie fakt, że to nijakie infantylne „lalalalala” wprowadza mnie w dobry nastrój.  Spoglądając na poły zamkniętymi oczami na ciepłą czerwień murów, cieszyłem twarz słonecznymi promieniami, układając sobie w głowie proporcje ziaren na kolejną mieszankę kawy idealnej na popołudniowe espresso. Zbliżałem się do naszego sklepiku. Cisza, spokój i oczekiwanie na zapach kawy, który za chwilę miał wypełnić mój nos i całe płuca. Napawając się tą chwilą, zrezygnowałem nawet z papierosa. Z letargu obudził mnie piskliwy głośny krzyk, który wydobył się kobiecej piersi. Modulacja dźwięku tak okrutna dla ucha jest niemożliwa do odtworzenia. W owej warstwie muzycznej słychać było tragizm i upadek, niepewność i oczekiwanie, ból i dogorywanie. Zanim dotarł do mnie komunikat, nieco wystraszony czujnie  przystanąłem.
-„Heńka, tragedia! Co my teraz zrobim! Łola boga, rynku ni mo!!!” – scenicznie oznajmiła kobieta, ciągnąc za sobą po nierównym chodniku torbę zakupową na kółkach.
-„Jak to ni mo? Zaraza jaka, czy co?” – z trwogą, ale i z niedowierzaniem spytała Heńka.
- „No coś Ty, żartowałam, buu hi hi hi. Heńka, daj spokój” – skwitowała tajemnicza kobieta z torbą na kółkach. Heńka natomiast wydała stanowcze ostrzeżenie:
„Nie żartuj tak, bo serce mam słabe!”
Ten zapach zawsze mnie uszczęśliwiał.

Krótka wymiana zdań opisała dogłębnie zjawisko społeczne, jakim jest rynek handlowy małego miasta. Każdy z nas na pewno ma swoje spostrzeżenia, opinie i oceny. Dla mnie rynek jest zjawiskiem określającym w dużej części mentalność naszą. Sam stworzyłem sobie dychotomiczny obraz od pełnej pogardy do sentymentalnych wzruszeń. Z jednej strony uwielbiam stragany z warzywami, oryginalnymi jajkami i twarogami, żywą kurą i kaczuszką, beczki wypełnione kiszonymi ogórkami etc. To jest właśnie mój rynek dzisiejszy i ten z dzieciństwa. Druga strona to tandeta, brud, dziwny design przedmiotów codziennego użytku, zastanawiające wzornictwo odzieży i życie wypełnione intrygującymi zależnościami interpersonalnymi. Wyrwanie naszemu Miastu rynku, to tak jak pozbawienie organizmu tętnicy.
Rynek w życiu handlowym jest punktem odniesienia do całej wymiany towarów i obrotu pieniężnego w Miasteczku. Tu wybijam na klawiaturze wielkie NIESTETY. Sobotni dyżur w sklepie związany był z odwiedzinami klientów, którzy właśnie wracali z rynku. Część z nich uzupełniała swoje zapasy kawy i herbaty, kupowała wyszukane słodycze na niedzielne rodzinne spotkania. Jednak często odwiedzali nas ankieterzy rynkowi, którzy czujnym konsumencki okiem wpatrywali się w półki, oglądając, dotykając, wąchając prawie każdy produkt. Wszystko to odbywało się w wielkiej ciszy i majestatycznym skupieniu. Schemat zawsze był taki sam, niezależnie, kto był ankieterem. Co chwilę słychać było pomrukiwanie, odgłosy zdziwienia, niedowierzania. Tajemnicze psychologiczne, niczym po treningu negocjacji, spojrzenia na sprzedawcę, czyli na mnie. Czasem, ale naprawdę czasem padało krótkie pytanie, wypowiedziane zwięźle bez żadnego zabarwienia emocjonalnego „A to, co to jest?”. Odpowiedź właściwie była zbędna, ale kurtuazyjnie udzielałem jej. Trwało to około 5 – 6 minut, po czym następowało podsumowanie kontroli. „Na rynku jest taniej.” To był wspólny mianownik każdej wizyty ankietera. W zależności od zaangażowania i nastawiania emocjonalnego opcjonalnie ocena opisowa uzupełniona była o informacje:  kto u Was kupuje, bo ja na pewno nie; taką kawę (!!!) ma chłop na rynku; jajek nie macie, to co to za delikatesy.

Kiedyś bardzo mnie to denerwowało. Dlaczego? Sądzę, że nie muszę rozpisywać się w tym miejscu. Teraz jednak myślę sobie, że rynek jest na trwale wpisany w świadomość mieszkańców i dla większości z nich pozostanie punktem odniesienia, takim kontekstem do opisywania i oceniania wielu rzeczy i spraw związanych nie tylko z wymianą handlową. Dziś już tego nie oceniam, po prostu rynek był, jest i będzie. W jakim kierunku będzie ewaluował, nie wiem.
Łola Boga, spokojnie. W sobotę jadę z teściową na rynek J  
Droga prosto na rynek!

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Spotkało nas szczęście

Dziękujemy z całego serca za wyróżnienie. Jest nam bardzo bardzo bardzo miło, tym bardziej, że nasz blog istnieje niecałe dwa miesiące. Barashko ściskamy Cię bardzo mocno.



Nagroda od Barashki !
 Siedem rzeczy o nas:
1. Kawa - jedna z doskonałości świata przyrody.
2. Zabijanie wolnego czasu dziubaniem w papierze - pasja, a efekty możecie oglądać na naszym blogu.
3. Książka - bez zbędnego komentarza.
4. Pies Elmo, czarny labek - piewca radości życia.
5. Paryż - obsesja.
6. Historia - hobby.
7. Tajemnica - to, co nam w duszy gra...

Nasze nagrody:
1. Diamentowy koszyk za spontaniczność, szczerość i różnorodność.
2. Just Lilla za wspaniałe pomysły.
3. Fascynacje tylko moje za otwarte serce.
4. Dopowiedzenia za SŁOWO i świetne zdjęcia.
5. Anioły w kałamarzu za sztukę przez duże "S".
6. HOMEabout za nasze początki i sielankowy ciepły klimat.
7. Paris vs New York za podscycanie naszej obsesji.

Na koniec zacytuję za innymi "obowiązki" nagrodzonego :

1. skopiuj logo nagrody wraz z linkiem osoby nagradzającej
2. podziękuj za wyróżnienie
3. napisz 7 rzeczy o sobie
4. wyróżnij 16 innych blogów, które są dla Ciebie ważne
5. powiadom uhonorowanych o nominacji komentarzem na ich blogu
P.S. Jak widać, nie wywiązalismy się z punktu 4. W nastepnej edycji będziemy tzw. starymi wyjadaczami blogowymi i będziemy mieli więcej faworytów ;-)

niedziela, 7 sierpnia 2011

Crafting. W 80 dni dookoła świata.

Dzisiaj będzie mój debiut, mój pierwszy scrapowy dziennik, notes, pamiętnik, bo tak naprawdę o jego zastosowaniu zadecyduje właściciel. Dla mnie jest on wyrazem tęsknoty za podróżowaniem po świecie, stąd tytuł ów posta :-).

Otwieramy naszą podróż...


Balon jest stałym elementem dziennika.

Pierwszy dzień podróży, szykujcie się na niezapomniane wrażenia ;-)


Dziennik pachnie kawą dzięki procesowi postarzania papieru.

Jest też kieszonka na pamiątki z podróży...

... a balon wciąż nas unosi w podróży marzeń.

Zapasowe karteczki. Zawsze można zostawić bilecik z numerem telefonu spotkanemu dżentelmenowi lub poznanej damie ;-).

Podróż dobiega końca. W następnym odcinku romantyczna podróż dla Pań.



I jeszcze kilka drobiazgów z notesu.

piątek, 5 sierpnia 2011

Kawa się nadawa: Cafe PełnyNocnik

Urlop ledwo co zaczął się, a już dobiega do mety. Smutne to chwile, tym bardziej, że jak na złość teraz właśnie słońce rozpieszcza wyposzczone ciała gorącymi promieniami. W tej  zdradzie układu słonecznego doszukuję się powodu, który pozwoli mi godnie w poniedziałek wrócić do pracy. Znalazłem. Namiastka człowieczeństwa w labiryncie robotniczej gonitwy obejmujących wiele aspektów życia zawodowego i społecznego. Cafe PełnyNocnik. No przecież nie spijałem tam kawy już od dwóch tygodni. Kawa tam jest zwyczajna, przesączona przez zwykły przelewowy ekspres, z masowych mieszanek znanych firm zajmujących się przemysłowym paleniem i konfekcjonowaniem pośrednich gatunków ziarna. A jednak, zatęskniłem. Jest bowiem w tej kawiarni coś niesamowitego.
Zlokalizowana w naszym pokoju „pełnomocników”(stąd nazwa kawiarni) pewnego  szefa składa się z czterech biurek, kilku krzeseł, w tym trzech obrotowych, stoliczka gospodarczego i właśnie ekspresu. Do tego kilka dodatków kawiarnianych: komputery, drukarki, segregatory, szafki i moc zieleni uwięzionej w doniczkach.  Za oknem rozlewa się czerwień zabytkowych murów. Takie to klimaty, zapewniam bardzo kawiarniane, przynajmniej przez kilkanaście minut dziennie.
Kiedyś naczelnym baristą był pełnomocnik A1. To on wprowadził zwyczaj raczenia się kawą nieco inaczej, wykluczając z menu napoje rozpuszczalne. Przyniósł ekspres „salsę”, który służył lata całe, aż padł ze starości. Pełnomocnik A2 nie czekał długo na rozwiązanie. Powiedział, że ma w domu ekspres, który dostał w prezencie ślubnym, a w domu nigdy nie był używany. Pełnomocnik A1 przerażony przypomniał sobie, że pełnomocnik A2 brał ślub zaraz po I Wojnie Punickiej!  Z nową – starą maszynką nie jest jednak tak źle. Wzornictwo głęboko osadzone w latach osiemdziesiątych, jednak wydajność eksponatu jest  imponująca. Przepuszcza napar przez dwa otwory z prędkością i siłą Wodogrzmotów Mickiewicza. Od tej pory A1 ustąpił miejsca pełnomocnikowi G, który uznał, że napar jest zbyt słaby i mało gorący. G z niesłychaną kreatywnością i zaciętością opracował proces parzenia wstępnego. I tak zanim ekspres zrobi, co do niego należy, G zalewa kawę w papierowym filtrze szklanką wrzątku. W ten sposób powstaje napar z parzeniem wstępnym. Pełnomocnik G stał się certyfikowanym baristą. Pełnomocnik A2 nawet nie stara się o to stanowisko. Nie zdał egzaminu, kiedy to parzył kawę bez podstawienia dzbanka. Wszystko było prawie OK. Zapach, bulgotanie i powarkiwanie ekspresu i przygotowane filiżanki. Niestety mała czarna wypełniła szuflady, blat i kawałek podłogi.
Jednak tak naprawdę Cafe PełnyNocnik to spotkania ludzi, którzy raz dziennie siadają się przy stole wigilijnym, a wszystkie spory i waśnie milkną. Aromat kawy wprowadza spokój i odprężenie. Spektrum rozmów jest tak szerokie, jak wydajna jest wyobraźnia rozmówców. Gości natomiast nie brakuje. Każdy strudzony wędrowiec dostanie krzesełko, miejsce przy biurku i filiżankę po brzegi wypełnioną pachnąca kawą. I ty tutaj wywód można skończyć, bo każdy z nas wie,   czym jest i co znaczy ta magiczna przerwa w pracy. Ja natomiast, jeden z opisywanych pełnomocników, dumny jestem, że właśnie w naszym pokoju udało się taki klimat wyczarować.  „Może kawy?” – „Hm, no nie wiem. Nie mam czasu. Może jednak, mała czarna, u was zawsze smakuje najlepiej.” – „Siadaj, już parzymy!”
Jeszcze wakacyjnie pozdrawiam wszystkich gości CafePN, Adam.

W naszej kawierni jest toszkę, ale to naprawdę troszkę inaczej, niz na tym tagu Roksany :)

wtorek, 2 sierpnia 2011

Przystanek Bellissimo. Zamiast wstępu.

Przystanków ostatnio pod dostatkiem. Zastanawialiśmy się nawet, czy taki tytuł nie jest zbyt banalny, oklepany i na dobrą sprawę nie potrafiący nic konkretnego powiedzieć. Żadnego przesłania, nawet intuicyjnie odczytywanego. Mieliśmy przecież „Przystanek Alaska” mocno osadzony w konkretnym czasie i przestrzeni geograficzno – mentalnej. Boże, cała Polska zachwycała się amerykańskim stylem pokazanym inaczej, tak niepodobnym do oblicza Nowego Jorku, LA, czy bardziej swojskiego Chicago. Od tamtej pory mnóstwo zjawisk, przeżyć, projektów, akcji osadzonych w bliżej nieokreślonej duchowości, tradycji, historii, ba nawet reklamy i marketingu stało się rzecz jasna przystankami. Obfitości polska! Przystanek Woodstock, a w głębi Przystanek Jezus, Przystanek Cisna i Tarchomin, Przystanek Książka, Przystanek Świętego Mikołaja, Przystanek Europa i nie wiemy, co jeszcze. Nic prostszego, wystarczy przecież wyguglować przystanek. Przystanek Gugel, przez „u” zwykłe. Na koniec zaś warto postawić pytanie: czy nam kiedyś przystanek postawią? Namnożyło się w tekście tych pauz opisujących niemal każde zjawisko psycho – społeczne. Zatem dość. Zacznijmy od nowa i pomówmy o naszym Przystanku Bellissimo.
Tutaj oryginalnością nie zgrzeszymy. To miejsce było dla nas przystankiem w każdym calu, ale dla każdego z nas mogło mieć nieco inne znaczenie. Przypisywaliśmy temu miejscu nie tylko wydarzenia, ludzi, interakcje, zjawiska socjologiczne, codzienność małomiasteczkową ale przede wszystkim estetykę, fascynacje, marzenia. Nasz przystanek tworzyliśmy z pasją, a przestrzeń, która zamykała się w kilkunastu metrach sześciennych wypełniona była zapachem kawy, herbaty i naszą życzliwością. Tak, życzliwością, bo z założenia to ona miała być kluczem do sukcesu. Życzliwość owa miała złamać ponure twarze ludzi przyzwyczajonych do bylejakości, byle-uprzejmości i byle-szarości. Przystanek trwał ponad trzy lata. Już go nie ma, ale w naszej świadomości pozostał jako miejsce zaczarowane.
Dobrze, bo łzy zaleją twarz Roksany, a w właśnie minęła pierwsza rocznica likwidacji. Nie ma już przystanku, nawet na żądanie, a trasa naszego autobusu trochę zmieniła bieg. Minął rok od zamknięcia naszych Delikatesów Bellissimo. Pamięć jeszcze żywa, ale na tyle spokojna, że o wielu rzeczach możemy już mówić z dystansem. Opowiadać jest naprawdę o czym. Nie będziemy Was zanudzać prozą życia małomiasteczkowych sklepikarzy, nie wtajemniczy w procedury dobrej praktyki higienicznej, nie ogłupimy składkami zusowskimi oraz podatkiem VAT! Nic z tych rzeczy. Przypomnimy sobie, a jednocześnie postaramy rozweselić naszych miłych gości opowiastkami, które maja prawo bawić i śmieszyć. Opowiemy i sytuacjach radosnych, dowcipnych, nietuzinkowych. Spojrzymy na świat raz jeszcze zza żarnowego młyna do kawy i pękate słoje. Wyjrzymy raz jeszcze przez dużo okno może nie na ulice Barcelony, czy nawet malowniczego Sandomierza, ale naszego małego miasteczka. Takich miasteczek w Polsce są setki, takich miasteczek są miliony w nas. Zatem otwieramy na nowo nasz przystanek. Zapraszamy na przejażdżkę!
Roksana & Adam
Bellissimo nocą.