środa, 28 września 2011

Kawa się nadawa: Misiowie Smaku

…”I zna tajne sposoby gotowania trunku…
Dziś opowiem Wam trochę o wspaniałych moich Misiach Smaku. Właściwie to naszych Misiach, bo wszystkie Misie nasze są! Kim właściwie są? Misiowie to uczestnicy projektu finansowanego przez Unię Europejską [ tu powinno nastąpić całe bla bla zgodne z nomenklaturą i wytycznymi unijnymi]. Oficjalnie to nazwa jest troszkę inna – „Mistrzowie Smaku”, a po kropce podtytuł wyjaśniający zawiłości dotyczące celu, efektu i grupy docelowej przedsięwzięcia. Stwierdzicie sami, że Misiowie brzmią ładnie. Łatwiej jest wypowiedzieć, wdzięczniej wpadają do ucha, a przede wszystkim wzbudzają sympatię a priori. Poza tym, tak się przyjęło i już. Projekt stawia na doskonalenie zawodowe uczniów, uczniowie nasi zaś to najlepsi fachowcy pod słońcem. Naprawdę! Ściemy ni podlizywania nie ma w tym stwierdzeniu śladu najmniejszego. Dzieciaki żyrardowskiego ośrodka to osoby niepełnosprawne i chyba nie muszę Was przekonywać, że właśnie im pomoc należy się po stokroć. Może właśnie dlatego serca w parzonej kawie nie brakuje. Podczas kursu baristycznego zapach i aromat ziaren wypełniał sale i korytarze szkoły trafiając prosto w spragnione nieznanych jeszcze doznań węchowych nosy pracowników oświaty. I tak w kolejce po cappuccino, latte, espresso, amerykankę ustawiali się dosłownie wszyscy: dyrekcja, nauczyciele, sprzątaczki, woźne i ja też.  Każdy podany napój to niespodzianka, hmm, jakże miła niespodzianka. Bajeczne wzory z mleka misternie doprawione szczyptą czekolady, perfekcyjnie ułożone warstwy pianki, kawy i mleka, mgiełka syropu malinowego ożywiającego kolorystykę beżu i otwierającego kubki smakowe na nieoczekiwane małżeństwo polskiej maliny z brazylijskim ziarnem. Tak właśnie rodzili się nasi Mistrzowie. Uczyli się od najlepszych. Nie, nie ode mnie! J Kurs prowadził Wicemistrz (WiceMiś) Polski Baristów.
Podczas pokazu podsumowującego I etap projektu najzdolniejsza baristka Ania zaparzyła mi takie espresso, że nawet porządny łyk wody mineralnej nie był w stanie zgasić na moim podniebieniu latynoamerykańskiego płomienia, włoskiej porywczości i zapachu sztuki. Tak sztuki, bowiem właśnie tak pachnie sztuka. Jednak najważniejsza jest radość dzieciaków. Ich satysfakcja, zadowolenie, a przede wszystkim wiara we właśnie siły i możliwości. To są najpiękniejsze rzeczy w projekcie. Misiowie, dziękuję Wam.

Oczywiście praca z projektem to zespół ludzi. Mi trafiły się same perełki. Dzięki piękne dla dyrekcji, Pani Grażyny oraz mojej unijnej opiekunki. Za profesjonalizm i miłość do kawy  dziękuję Markowi [ciepło polecam blog]  i Monice.

Pozdrawiam, Adam. 
Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu, zapach moki i gęstość miodowego płynu…
Teskst: A.Mickiewicz, Kawa: Mistrzowie Smaku :)

P.S. W szarym urzędniczym świecie czekam z niecierpliwością na kolejny kurs baristyczny. To już niedługo. Natomiast Pełnomocnik G (ten z tekstu Cafe Pełnynocnik) czuje już na grzbiecie mój oddech. Pracując przy innym projekcie, nie śpi po nocach, produkuje newsy na stronę netową projektu, a potem zawija je w złotka i przynosi w swojej przepastnej teczce do pracy. Powodzenia G! Może w tym semestrze wygracie z zespołem „Mistrzów” J 

niedziela, 25 września 2011

Sweet home, tweet home!

Pamiętacie makatki kuchenne z niesamowitymi przesłaniami typu „Dobrego apetytu”, ”Dobra gospodyni dom wesołym czyni”, czy „Nie mów nikomu, co się dzieje w domu” ?. Na pewno tak, haseł makatkowych zaś było zdecydowanie więcej. Teraz nasze polskie domy zdominowało „Home sweet Home”. Ja dodaję jeszcze ćwierkający dom, bo przecież w naszych gniazdkach i pisklaki są. Nasze pisklęta, to już właściwie ptaszyska, które już nie ćwierkają, tylko szeroko dzioby otwierają wydając przy tym dźwięki dalekie o jakiejkolwiek linii melodycznej J

W oczekiwaniu na rodzime makatkowe klimaty, przedstawiam Wam dziś kilka czarujących zawieszek, które zdecydowanie osłodzą każdy dom. Nie zapominajcie w swoich gniazdkach o „Jasnych Aniołach”, naprawdę pomagają. Skąd mi wzięły się „Jasne Anioły”? Jesień już w kalendarzu i za oknem też. Niemenowskie „Wspomnienie” zanuciłam i …”po ulicach w lekkiej jesieni, fruwały za mną Jasne Anioły…”

Cieplutkiej jesieni życzę, Roksana. 







środa, 21 września 2011

Przystanek Bellissimo.Z życzliwością chrzan w kostkach

Kilka razy w tygodniu nowe bukiety,zawsze ze świeżych cuksów. 

- Jaką mógłby pan mi polecić dobrą herbatę?
- Cóż, polecam wyśmienitą yunnan specjal lub yunnan golden tips. Jest po prostu rewelacyjna i w dobrej cenie.
- Tak, yunnan? A skąd jest ta herbata?
- Z Chin szanowna pani.
- O nie, nie. Co to, to nie. Ja proszę pana piję tylko polską herbatę!
Tak, najlepsza herbata rośnie na wzgórzach nad Soliną – pomyślałem sobie, o losie słodki. Co mi zatem pozostało? Słodki, nieco sztuczny uśmiech, który jednak miał być wyrazem serdeczności i podziękowanie za dyskusję niewątpliwie wzbogacającą moją wiedzę.
Życzliwość to jednak jest trudna sprawa. Myślę sobie, że życzliwość nie funkcjonuje jako byt samodzielny, bowiem zawsze łączy się z czymś, co wcale łatwe w budowaniu relacji interpersonalnych nie jest. Tylko w grupie życzliwość ma się dobrze i nabiera sensu. Przechodzę zatem do parowania. Życzliwość – cierpliwość, życzliwość – asertywność, życzliwość – empatia, życzliwość – radość …  Resztę pozostawiam Wam, bo na pewno zbudujecie sobie świetne tandemy.
Dobrych słodyczy nigdy nie brakowało.
W pracy w sklepie życzliwość wymuszała na mnie niejako pokorę. Uśmiech, tysiące wypowiedzianych słów rzetelnie informujących o towarze, przyjmowanie zbędnej krytyki, wysłuchiwanie niedorzeczności, przyjmowanie złośliwości, a wszystko w imię budowania majestatycznego wizerunku miejsca wypełnionego pozytywną energią.  Ku mojemu ubolewaniu często następowały zakłócenia w przepływach emocji, powodując zachwianie bilansu energetycznego. Najczęściej brakowało mi cierpliwości, a permanentna nauka pokory częściej wywoływała złość niż satysfakcję.  Jestem przekonany, że wielu klientów celowo z niebywałą konsekwencją i systematycznością działania wystawiało mnie różnymi metodami na próbę. Standardem było pytanie o nowości. Właściwie dzień bez nowego towaru był dniem straconym i powodował zgorszenie odwiedzających oraz narastającą frustrację sprzedawcy. Kawy, herbaty, czekolady, przyprawy, ciastka i cała reszta musiała być opatrzona niewidzialnym znaczkiem „new”. Poważną grupę moich osobistych trenerów stanowili klienci, którzy zawsze życzyli sobie rzecz, która akurat „wyszła”. Metodą prostych pytań ankietowych z zamkniętymi odpowiedziami szukali towaru, którego nie było. Oto przykład. Pytanie: „ Jest herbata zielona jaśminowa?” Odpowiedź: „Tak J”. W przerwie „Ach, tak”. No to dalej. Pyt. „A jest zielona z opuncją?” Odp.: „Tak, proszę bardzo J”. W przerwie na zmarszczonym myślą czole pojawiał się migający czerwonymi diodami LED napis „Hm, kurcze, jest! Źle.” Pyt. „Jest zielona z kaktusem?” Odp.”Dziś skończyła się, ale jutro będzie świeża dostawa J. Nagle na czole zmarszczki zadumania rozproszyła zielona poświata lampek – „Mam Cię!”, a przez struny głosowe przemknął zwerbalizowany komunikat „ Bo ja właśnie chciałam kaktusową.” Tak, tak, chciała kaktusową. Wiele dni, wiele lat sklep mnie uczył pogody, parafrazując tekst wyśpiewany przez Łobaszewską i Sojkę. Nauczył, a jakże. Czasem jednak złośliwe poczucie humoru górowało nad życzliwością.
- Macie coś nowego?
- Oj, miałem coś, czego pani szuka, coś idealnego dla pani podniebienia. Niestety ostatnie sztuki sprzedałem przed chwilą. Absolutna nowość importowana z Indii!
- Tak, a co to było takiego? [Tu udało mi się wzbudzić ocierająca się o grzech ciekawość.]
- Chrzan w kostkach! Idealna przyprawa do kawy po turecku.
- Jaka szkoda, że już nie ma. [Niewymuszone zmartwienie.] Kiedy będzie nowa dostawa?
- Proszę przyjść za tydzień.
Tydzień minął szybko, a ja nawet przez ułamek sekundy nie spodziewał się, że moja klientka wróci. Owszem wróciła, uśmiechnięta, ale w kącikach ust zdradliwie drżały ciekawość i zniecierpliwienie. Nie szukała już nowości, tylko z marszu spytała, czy jest już chrzan w kostkach. Motyla noga– pomyślałem w duchu. Przecież mogłem tydzień temu powiedzieć, że mamy trenowane żywe azjatyckie małpki do ubijania kawy w kolbie ekspresu ciśnieniowego z aktualną książeczką szczepień.

Pozdrawiam z całego serca i naprawdę ŻYCZLIWIE.

Kawy natomiast zawsze było pod dostakiem.

niedziela, 18 września 2011

Zawieszkowy aranż

Lubię „dziubać” w papierze, to chyba już wszyscy zauważyli. Każda nowa zawieszka, czy cały set to taka moja mała praca rzemieślnicza, w którą wkładam serce. Prawdziwą jednak satysfakcję dają mi nabywcy moich prac. Często piszą do mnie, w jaki sposób wykorzystują zawieszki, jak kartonikowe tagi zdobią ich pomieszczenia. Wachlarz zastosowań jest nader szeroki: okna, drzwi, słoje, bukiety, kosze prezentowe, bileciki, listy etc.,etc. Tutaj wyobraźnia właściwie niczym nie jest ograniczona. „Serce roście” i myśli mam radosne, bo przecież o to chodzi, aby zawieszki oczy cieszyły.
Dziś chcę pokazać Wam zawieszkową aranżację wykonaną przez Panią Anię według własnego projektu. Jestem zachwycona niesamowitym zestawieniem, ba powiem więcej! Oczarowało mnie cieple połączenie drewna, papieru i cegły otulone jasnymi barwami, nadającymi kompozycji lekkości. Cóż więcej mogę dodać. Proszę spojrzeć na fotografię Pani Ani. Jestem przekonana, że też będziecie zachwyceni. Ja natomiast dziękuję za przesłane zdjęcie, które sprawiło mi tyle radości.
Gorąco namawiam nabywców zawieszek, aby czasem przesłali do mnie fotki obrazujące, jak można wykorzystać tagi. Z największą przyjemnością i nie mniejszą satysfakcją, oczywiście za zgodą autora zdjęć, chciałabym pokazać zawieszkowe aranżacje na blogu.
Z podziękowaniami i serdecznościami,
Roksana.

czwartek, 15 września 2011

Kwiaty, owoce i warzywa


34.Skierniewickie Święto Kwiatów, Owoców i Warzyw


Zaplanowaliśmy nadchodzący weekend J Jednocześnie zachęcamy Was do odwiedzenia 17 i 18 września 34. Skierniewickiego Święta Kwiatów, Owoców i Warzyw. Program, jak co roku, jest obiecujący. Każdy na pewno znajdzie coś interesującego dla siebie. Co tu będę pisała, zajrzycie na stronę IMPREZY. Ja swoje zmysły programuję na wspaniałe kompozycje kwiatowe i nie mniej czarujące aranżacje owocowo – warzywne.
Dziś natomiast przygotowałam dla Was kilka kwiecistych zawieszek.

P.S. Adam domaga się, żebym napisała, jak wspaniale bawił się 17 lat temu podczas Święta na koncercie Staszka Sojki. Jaki on już stary jest. Adam oczywiście J






wtorek, 13 września 2011

Kawa się nadawa: Co z tą literaturą?

...między stolikami kawiarni Paryża
Dziś będzie krótko i bardzo poważnie. Gromadzący się we smutek w połączeniu z narastającą złością stanowią materiał wybuchowy, a przecież nie chcemy eksplozji uczuć, które nie będą ni odrobinę retro. Prawda? Dobrze, przechodzę do rzeczy i już piszę, co mi na wątrobie leży.
Pewnego wieczoru zająłem się lekturą, za dużo powiedziane, zająłem się oglądaniem albumu „Najsłynniejsze kafejki literackie Europy” autorstwa Noel Riley Fitch. Wydawnictwo otrzymałem kilka lat temu od kolegów, kiedy to zmieniałem miejsce pracy. Znali moją pasję, zatem książka o kawie i kawiarniach była bardzo miłym pożegnalnym upominkiem. Wziąłem do ręki album [trochę odleżał się], musnąłem go opuszkami palców, potem włożyłem nos miedzy karty, aby ocenić jakość papieru i farby drukarskiej. Nie jest to normalne zachowanie, ale  taką procedurę rozdziewiczania książek wszelkich stosuję od lat. Rozpocząłem podróż po czarujących zakątkach Europy, a dość dobre fotografie Adrew Midgley’a zdecydowanie pomogły mi w przeskakiwaniu między stolikami kawiarni Paryża, Wiednia, Madrytu, Londynu, Lizbony, Rzymu, Pragi i wielu innych zacnych miast starego kontynentu. Proszę, proszę. Tu rozprawiał Dickens, przy tym stoliku spijał kawę Hugo, a tam kącie przesiadywał Sartre . Jeszcze Camus, Kafka, Hasek, Puszkin, Dostojewski i kończę. Faktycznie, sztandarowe postacie świata literatury, frontmeni europejskiej kultury i sztuki. Wszystko pięknie, ale gdzie kawiarnie Krakowa czy Warszawy? Zajrzałem na ostatnie strony albumu, a tam misternie wymalowana mapa kontynentu z zaznaczonymi obiektami, które wcześniej zostały opisane przez panią Fitch. Polski nie ma na mapie! Autorka ominęła nas szerokim łukiem, jak trędowatych! Rumunia, Węgry, Austria, Czechy, Niemcy, Skandynawia, a potem nagle Rosja. Fantastycznie, w jednej chwili znowu poczułem się Polakiem ignorowanym przez cały świat. Przez głowę przebiegło dziesiątki pytań i nie mniej zdań oznajmujących. A co z naszymi noblistami literackimi? Gdzie są nasi pisarze, poeci, dokumentaliści? Sienkiewicz, Reymont, Szymborska, Miłosz, Herbert, Gombrowicz, Kapuściński. Chwila zadumy i ochłonąłem.
Pomyślałem sobie, że tak naprawdę naszej literaturze brakuje kilku ważnych rzeczy, przede wszystkim dobrej światowej promocji. Jednak o wiele istotniejszy, w moim odczuciu, jest brak uniwersalnego charakteru dzieł wychodzących spod pióra ziomków naszych. Jedyny Polak, który mi przychodzi do głowy, a który podbił świat swoim słowem i wizją to Stanisław Lem. Spojrzałem przez chwilę na polskich romantyków. Europa ich nie łyknęła, bo chyba nikt ich po prostu nie rozumiał, w przeciwieństwie do romantyków rosyjskich czy niemieckich. Chopin natomiast bardziej był do posłuchania, niż do poczytania. Wracając do Reymonta. Dla mnie „Chłopi” nadal są w swej płaszczyźnie obyczajowej i analizie ludzkiej natury aktualni i uniwersalni. Jednak dla reszty świata sceneria łowickiej wsi chyba nie jest atrakcyjna.
Dlatego dziś zadaję Wam pytanie „co z tą literaturą?” Nie jestem fachowcem, ale sercem, bardziej niż rozumem, oceniam i stawiam znak zapytania. Chciałbym mylić się, a pod postem zobaczyć odpowiedzi, które powiedzą mi, że jest inaczej, że Polska faktycznie leży na europejskim szlaku kawiarni literackich. 

Pozdrawiam, Adam.


Dla ostudzenia emocji i obniżenia ciśnienia, dziś proponuję filiżankę herbaty w zawieszkowym wydaniu Roksany.



sobota, 10 września 2011

Do czego służy spinacz?

Zwykły spinacz bieliźniany, drewniany taki. Do czego służy? Nie będzie żadnej niespodzianki, wywodu filozoficzno – socjologicznego, odkrycia na miarę teorii kwantowej. Spinacz służy po prostu do przypinania, spinania, podpinania. Czasem tylko spinacz wygląda nieco inaczej. Zobaczcie sami.


Dla przedszkolaka do szelek jako ściąga :)

Dla kotka do ogonka :)

Spinacz zaręczynowy !

Spinacz ogródkowy :)

Ten spinacz zdobi wnetrze naszego auta. Świetnie wygląda przy lusterku.

To natomiast jest nasz śmierdziuszek Elmo.

czwartek, 8 września 2011

Na zakończenie wakacji

Nastał radosny czas oczekiwania na kolejne wakacje. Zdaniem jednym, nie jest tak źle. Za kilka miesięcy znowu lato!
Od dwóch miesięcy obiecywaliśmy sobie wyjazd na górkę obserwacyjną przy Alei Krakowskiej z  widokiem oczywiście na warszawski air port. Radości mieliśmy dużo. Trafiliśmy w dobrą godzinę startów i lądowań. Franek robił zdjęcia, ja wzrokiem chłonąłem przestrzeń powietrzną stolicy. Niestety wysłużony soniak cyber – strzał nie spisał się na medal. Kilka fotek jednak przywieźliśmy z wycieczki.
Tym jakże wzniosłym i optymistycznym akcentem zakończyliśmy wakacje 2011.
P.S. Przepraszam za mało „feeling’owy” klimat. Wiem, wiem, mizernym efektem zdjęć nie oszukam Roksany :)







wtorek, 6 września 2011

Przystanek Bellissimo. Teatr

Kolejny sobotni poranek, jeden z tych słonecznych, ale z orzeźwiającym powietrzem i ostrym zapachem jesieni. Uwielbiam powtarzalność dni rozłożonych w mistycznej przestrzeni miedzy brzegami babiego lata a złotej polskiej jesieni. Wtedy do tego leniwego świtania pałałem miłością szczególną. Rytualnie otwierałem naszą żyrardowską kawową trafikę. Zawsze było tak samo. Szczęk zamków drzwi, rozbrajanie alarmu, zwijanie rolet i budzenie okien ze snu, przygotowywanie młyna żarnowego, w końcu poranna kawa i papieros. Stawałem na chodniku i pełną mocą wypełniałem płuca mieszanką tytoniowego dymu i zapachu miasta przeszytego wonią marniejących na drzewach liści. W jednej chwili stawałem się Auggie’m, a Wayne Wang ustawiał kamerę tak, aby najpełniej wykorzystać barwy światła. Czekałem na swoich filmowych gości. Często przychodzili. Zostawiali niesamowite ślady prozaicznych sytuacji, anegdot, historii życiowych, rozmów o kawie, herbacie, cygarach i o kobietach. Fascynujący świat, tak jak fascynujący to byli goście. Jednak im chciałbym podziękować w innym poście. Teraz przypominam sobie, że częściej z planu filmowego brooklyńskiej trafiki przenosiłem się do teatru.
Teatr był to klasyczny. Była scena i kurtyna, były światła i scenografia, wreszcie byli widzowie i aktorzy. Repertuar nigdy nie był ustalany, a wystawiane sztuki rodzili najczęściej przypadek, spontaniczne zachowania aktorów, czasem też fanaberia i złośliwe poczucie humoru właściciela tego swoistego fotoplastykonu (czyt. autora tekstu). Daruję wszystkim zabawy w domorosłego psychologa, choć tak naprawdę wielką odgrywaną sztuką było codzienne życie i zachowania ludzi, którzy w strumieniu przechodniów stawali się wielkimi indywidualnościami. Zdecydowanie preferowałem wyraziste role.

Scena, ekran, telebim, akwarium, okno. Po jednej i po drugiej stronie aktorzy i widzowie. Żywy fotoplastikon!
Bardzo często scena zamieniała się w szybę wielkiego akwarium. Chwila oczekiwania i podpływał wielki glonojad. Czaił się w swej ciekawości, zaglądał nerwowo, by nagle z całą witalnością gwałtownie przykleić twarz do okna. Matko, krzyczałem w duchu. A sio, a sio, bo znowu szybę ajaxem będę musiał spryskiwać. Na deskach wystąpiło także sporo charakterów rodem z filmów noir. Smutne postacie ziejące grozą i tajemniczością snuły się jak cienie bezszelestnie wynurzając zza murku oddzielającego od siebie okna. Wykonywały szybkie skoki, by okraść wzrokiem sklep z całego asortymentu. Kilka sekund wystarczało na zlustrowanie wszystkich półek. W oczekiwaniu na finalne spojrzenie na moją postać, udawałem , że niczego nie widzę. Zwieńczeniem akcji był ukradkowy detektywistyczny rzut oka, który miał dać pewność mojemu bohaterowi, że przemknął przez scenę niezauważony. Wiele radości dostarczali także mimowie, zazwyczaj pary umocowane w związkach partnerskich lub hybrydy matka – córka, w których często nie mogłem odróżnić, kto jest matką, a kto córką. Ocena towaru, decyzja o zakupach, czy nawet o zwykłym odwiedzeniu wnętrz odbywała się na ulicy. Nie słysząc słów, szczególnie wrażliwa stała się u mnie percepcja na ruch kończyn ciała. Niestety, ku mojemu ubolewaniu, a uwaga dotyczy całego świata aktorskiego, coraz mniej artystów potrafi grać twarzą. W każdym razie fantastyczne posługiwanie się rękoma przy komunikowaniu tworzyło nader interesujące przedstawienie. Rzadko kiedy miałem okazję uścisnąć dłoń aktorom, bo ci zazwyczaj uciekali szybko ze sceny, zostawiając mnie w duchowym niezaspokojeniu wrażeń artystycznych. Wdzięcznymi aktorami były zwierzęta. Ceniłem ich za naturalność, której brakuje profesjonalistom. W pamięci utkwiła mi walka szeregowego Franka Dolota z pobliskich „czerwonaków” z jakimś czarnym charakterem, będącym przedstawicielem wrogich sił. Mój żyrardowski biały gołąbek wygrał z czarnym ptakiem bitwę o kawałek kartofelka. W scenę wpadłem, jak w najlepszy film i co chwilę pokrzykiwałem „tylko nie po oczach czarny ptaku, Franek nie daj się!”.
W naszym teatrze gościła również scena jednego aktora, bo oto widzowie mogli również mnie podziwiać. I tak odgrywałem rolę zapracowanego subiekta Rzeckiego, pochylonego nad zamówieniami, fakturami etc., by za chwilę stać się Drakulą z przenikliwym i hipnotyzującym wzrokiem. Oj tak, to działało zwłaszcza na glonojadów! Zawsze chciałem być bohaterem zdjęcia z tabloidów. Moim marzeniem była poza chłopa stojącego z widłami na polu, który unosząc do góry rękę z oczami wlepionymi w bliżej nieokreślony punkt, pokazywał miejsce lądowania UFO. Zatem unosiłem rękę, zastygałem w bezruchu i patrząc się w nicość, wzbudzałem nie tyle podziw, co niebywałe zainteresowanie gapiów. Byłem tak sugestywny, że nie znalazł się widz, który nie spojrzał w kierunku wyznaczonym przez mój palec.
Teraz, po wielu miesiącach, brakuje mi naszego teatru. Grywałem w wielu szkolnych przedstawieniach, brałem udział w konkursach recytatorskich, bawiłem do łez nauczycieli jako żuczek żółtobrzuszek, Stefek Burczymucha czy płaczliwy Albin ze „Ślubów Panieńskich”. Jednak takich emocji i wrażeń, jak Teatr Bellissimo, nie dostarczył mi żaden inny spektakl.
Pozdrawiam wszystkich moich widzów i aktorów J Show must go on!

Światła gasną, przedstawienie trwa dalej :)

sobota, 3 września 2011

Święto Róży




Ach ta róża! ach ta róża!
Co się w twoje okno wdziera,
Na pokusy mnie wystawia,
Sen i spokój mi odbiera...
Adam Asnyk

Imię kobiety, imię miłości, imię róży. Czerwone, ogniste, białe i żółte, jesienne i herbaciane. Natchnienie poetów, pisarzy, malarzy i fotografików. Kwiat nieodgadniony, który przez swą zjawiskowość przypisywany jest rzeczom szczególnym, emocjom i uczuciom towarzyszącym człowiekowi od zawsze – miłość, zazdrość, szacunek, uwielbienie, ból. Pieszczą wszystkie zmysły zapachem, widokiem, dotykiem, smakiem, a czy też i poszeptywaniem?
Temat zostawiam otwarty. 

Paryskie róże. Są takie?
Róże z materiału. Świetna ozdoba do prezentów.
I jeszcze anielskie róże. Takie są na pewno :)

Dla wielu ludzi róże to po prostu ich pasja i sposób na życie. Wiedzieliście, że w Polsce od trzydziestu siedmiu lat odbywa się Święto Róży? Tak, tak. Już 9 września w Kutnie spotkają się miłośnicy najpiękniejszych kwiatów świata. Może warto odwiedzić wystawę. http://www.swietorozy.pl/





Ja natomiast w hołdzie dla Cudu Natury przygotowałam kilka prac.
Zapraszam na moją Małą Wystawę Róż J



Kto pierwszy nazwał kobietę różą, był poetą. Kto to powtórzył, był tylko komplemenciarzem.
Heinrich Heine


czwartek, 1 września 2011

Grzybobrania czas


Pokurkowaliśmy sobie w sobotę. Wdzięczące się złotem świeżutkie kurki trafiły na rozgrzaną patelnię. Tu nie było żadnej niespodzianki. Pieprz, sól, cebula i kilkanaście minut podsmażania – duszenia. Potem oryginalnie wiejskie jaja i wyszło danie jak marzenie, przypominające o wakacjach lat dziecięcych przeżywanych na wsi. Przez kilka chwil śniadania byliśmy letnikami pełną gębą!
Zatem Panie i Panowie, grzybobranie czas rozpocząć. Pisać o smaku, zapachu, tradycji, potrawach nie ma potrzeby. Wszak każdy z nas grzyby zna i ceni je nade wszystko. Natomiast spacery po lesie – bezcenne.
Na zachętę kilka zawieszek. UWAGA! Nie wszystkie grzyby w barszcz wrzucimy. Na tagach znalazło się kilka zdradliwych, choć uroczych J muchomorków!



Grzybowe retro zawieszki. Uwaga na muchmory :)

Tu tylko jeden szlachcic. Reszta tylko piórka stroszy.