czwartek, 27 października 2011

Kawa się nadawa: W słońcu Mazowsza

Jonatany ze starego sadu. Jak malowane ! :)
Oj zimno. Mimo pięknej jesieni z bajeczną grą kolorów i światła, słońce październikowe kości już nie wygrzewa. Kaloryfer parzy, znów zaczęli grzać, no ale to wciąż za mało moje serce, żeby żyć! Skok spod prysznica w kapcie i odzież ciepłą, barchanową to nie lada wyczyn. W tym termicznym telepaniu przypomniałem sobie o kawie z miodem. Żadna nowość, ale tym, którzy jeszcze nie próbowali, gorąco polecam. Smak? Zaskakujący. W filiżance rozgrywa się mała bitwa między goryczą kawy a słodkim owocem pracy pszczół. Chociaż tak naprawdę jest to starcie zdecydowanego smaku miodu gryczanego [tylko ten nadaje się do kawy] i mocnego aromatu kawy. Cierpkość i oszołomienie, a wszystko splecione w rozgrzewającej słodyczy. To działa, zwłaszcza rano.
Ostatnio odkryłem wartość dodaną miodowego, no właśnie, a może kawowego napoju. Sięgając po słój miodu zerknął na jakże znaną mi etykietę „Gyllow”. Nie, raczej nie znacie. Warto kilka słów napisać, bo w tych kilku literach ukrywa się słońce Mazowsza. Mój kolega z pracy Andrzej, w firmowych kręgach znany już jako pełnomocnik A2 z Cafe PełnyNocnik, ma gospodarstwo rolne. Jest sad i psiaki, ogródek i traktor, miejsca noclegowe dla letników i pełny spichlerz przetworów. Przede wszystkim zaś są pomysły, energia do pracy i miłość do wsi. Właściwie Andrzej ze swoimi wąsami bardziej zaczyna przypominać  dziadka z „Pomysłowego Dobromira”, przez co całe przedsięwzięcie nabiera dostojeństwa.  Jego  syn Tomek to człowiek instytucja. Młody chłopak po studiach wybrał pracę na wsi, bo … bo na wsi jest przyszłość. Andrzej skwapliwie wykorzystuje dofinansowania z Unii, Tomek sypie pomysłami i realizuje je.

W zabudowaniach gospodarczych widać wpływy
osadnictwa olenderskiego nad Wisłą. Warto poszperać w necie.

Prosperuje agroturystyka z miejscami noclegowymi [Pod Jastrzębcem], a teraz doszła grupa Gyllow Tradycyjnie . Zebrali do przysłowiowej kupy kilku znajomych ze wsi, a ci zaoferowali to, co mają najlepsze. I tak pod jedną marką są wspaniałe sery nagrodzone przez jakiegoś Marszałka, miody, jabłka starych odmian, suszone pomidory w oliwie z przyprawami i czosnkiem [normalnie hit sezonu!], warzywa, jajka od kur z zielonymi kopytkami i sam nie wiem, co jeszcze. Wszystkie wiktuały mają wspólny mianownik – w naturalny sposób urodziły się i dojrzewały w słońcu Mazowsza. Sery też, bo krówki często opalały się na łące, znaczy się, łapały słońce J
W październiku nie potrzebuję już słońca Toskanii. Kawa pasuje do suszonych pomidorów, serów, warzyw? Nie, nie sądzę. Jednak popijając rano, co prawda  nie każdego dnia, małą czarną z miodem widzę na stole malinówki od Andrzeja. One pachną słońcem i sadem, a nie jakimś holenderskim szuwaksem. Jest to zapach lata łechcącego promieniami słońca rozmytego w czerwieni owocu zmarznięte zmysły. Nadal za mało ci moje serce, żeby żyć?
Pozdrawiam, Adam.
Tradycyjny nadwiślański sad ze starymi odmianami jabłoni.

P.S. Na miły Bóg, nie odbierzcie tekstu jako reklamy. Chwalę mojego serdecznego kolegę, którego znam od dekad całych. Podziwiam jego determinację i pasję. Dziękuję mu za to, że często raczy nas tymi smakołykami. Hm, co nie zmienia faktu, że zdecydowanie polecam produkty „Gyllow” J 

niedziela, 23 października 2011

Halloween nie taki straszny :)


Ależ ten czas biegnie! Nie tak dawno narzekałam, że lato już gaśnie, że wakacje skończyły się, a tu proszę, listopad za pasem. Będzie to chyba listopad pełną gębą, mocno orzeźwiający. Już teraz przecież rano przymrozki dają znać o sobie.

Przed nami kolejny długi świąteczny weekend. Do świąt jeszcze tydzień, ale dziś pozwolę sobie na halloween’owy uśmieszek. Nowa świecka tradycja przyszła do nas, jak to większość nowych świeckich tradycji, z Ameryki. Kontrowersje, nagana, koniunktura rynkowa, żart, uśmiech, wyluzowanie, dobra zabawa – oj, ile głów tyle opinii. Ja w każdym razie przygotowałam kilka „strasznych zawieszek”.

Miłego oglądania, pozdrawiam strrrrrasznie mocno  Roksana.



Jako suplement diety - dyńka zrobiona rok temu przez chłopaków. Spoko, dynia już nie straszy, pozostała wspomniniem.

środa, 19 października 2011

Przystanek Bellissimo. O jednej z uczt

A dziś? Nie ma już „Bellissimo”.
Dyskretny urok sklepów kolonialnych poniósł wiatr….
ZAMIAST WSTĘPU

„Moje życie, o ile mnie pamięć nie zwodzi, było niegdyś ucztą, na której otwierały się wszystkie serca, płynęły wszystkie wina. Pewnego wieczoru wziąłem na kolana Piękno – i przekonałem się, że jest gorzkie – znieważyłem je.
Uzbroiłem się przeciw trybunałom.
Uciekłem.
O czarownice, nędzo, nienawiści, powierzono wam mój skarb!
Zdołałem wygnać ze swojego umysłu wszelką ludzką nadzieję. Głuchym skokiem drapieżnika rzucałem się na każdą radość, by ją zdusić.
Wezwałem oprawców, żeby konając, kąsać kolby ich karabinów. Wezwałem wszystkie plagi, by zadławić się piachem i krwią. Moim bóstwem było nieszczęście. Tarzałem się w błocie. Suszył mnie wiatr zbrodni.
Igrałem z obłędem.
I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.
Niedawno, bliski wydania ostatniego skrzeku, zapragnąłem odnaleźć klucz do dawnej uczty, na której być może odzyskałbym apetyt.
Tym kluczem jest miłosierdzie. – Pomysł taki dowodzi, że śniłem.”
                                                                                   /Arthur Rimbaud – „Sezon w piekle”/
********
Gdyby każde, najbardziej nawet prozaiczne zdarzenie zapisać igłą w kąciku oka, byłoby wspaniałą nauką dla każdego, kto życie próbuje postrzegać jako doświadczanie.
********

O doświadczaniu zatem.
Był to czas, kiedy jeszcze kupowałem pieczywo w  sklepiku.
Razu pewnego, wychodząc po dokonanych zakupach dostrzegłem vis a vis wejście do nowo otwartego lokalu.


„Wejdę entrèe do środka” – pomyślałem. Ponieważ przez przeszklone drzwi dało się zauważyć brak klientów, w myślach wyobraziłem sobie, że ekspedient (-ka), jest na zapleczu i uda się rzucić na powitanie coś światowego i z klasą: „przepraszam za pardon, czy wszak jest tu kto, czy też atoli nie?”.

Im bardziej jednak byłem wewnątrz lokalu, tym BARDZIEJ „ekspedientka” stała za kontuarem.
-„ Zacznę chyba klasycznie – przemknęło mi przez myśl – w stylu: czy jest może…., a zresztą nie, czy bywa u państwa…, hmm, przepraszam, dziękuję i do widzenia”.
Przyjrzałem się wnętrzu sklepu. Trudno było doszukać się artykułów z reklam telewizyjnych. Na półkach  pojemniki z egzotycznymi herbatami, szklane słoje z różnymi rodzajami kaw, jakieś ciastka, czekolady, soki, przetwory. Trochę bibelotów. Akcesoria do parzenia herbaty. Wszystko utrzymane w miłej dla oka tonacji.                                                                                                                                                    Dyskretny urok dawnych sklepików kolonialnych.
Mam! (przypomniał mi się Oliveira z powieści Cortazara)
- „Czy dostanę u państwa yerba mate?”
Dostałem. Półgodzinny wykład o rodzajach mate, sposobach parzenia i akcesoriach do tego niezbędnych.
Okazało się , że „žena za pultem” jest właścicielką przybytku.
Nieco później dowiedziałem się , że ma na imię Roksana. „Gdzież Twój Cyrano?” – pomyślałem wtedy.
Był i Cyrano. Miał na imię Adam, może różnił się nieco od literackiego pierwowzoru (no nie ten nos…), ale inteligencją i oczytaniem z pewnością mu dorównywał.
Taki był początek moich peregrynacyj do  „Bellissimo”.
Oczywistym jest, że toruńskie pierniki, czy kolejna paczka mate były tylko pretekstem do pogłębiania i zacieśniania (czytaj: doświadczania).
Mogłem opowiadać o metodzie Hahnemanna (a mogę o tym długo i namiętnie), odrobinę o literaturze… O muzyce…, o muzyce chyba nie zdążyłem (jak mogłem nie wspomnieć o Hendrixie?!).
Kiedy zaś pogłębianie i zacieśnianie osiągnęło swój horyzont, przyszedł czas by dawać słuszny odpór, piętnować zdrajców w łonie partii i komentować poczynania naszych, oby żyli wiecznie, Umiłowanych Przywódców.

Tak było…
A dziś? Nie ma już „Bellissimo”. Dyskretny urok sklepów kolonialnych poniósł wiatr….
Chociaż… Nie! Przecież one ciągle są w nas! Spoczywają gdzieś w zakamarkach duszy, czekając aż się je odkurzy i oczyści z grubych warstw patyny. Pobrzmiewają echem  opowieści o dawno zapomnianych wartościach. O czasach, które miały ducha i ludziach, którzy mieli dusze.
Przecież na miłość Boską gdzieś musi istnieć ten świat, w którym uczciwość jest normą, słowo honoru świętością, odwaga obowiązkiem, wstydliwość i skromność cnotą. Gdzie słabszemu podaję się rękę a błądzącemu okazuje miłosierdzie. Gdzie można rozmawiać bez lęku, że treść rozmowy posłyszą „policje tajne, jawne i dwupłciowe”.
Przecież na miłość Boską gdzieś musi istnieć taki świat…..
W nas?.....
Pozdrawiam. Sinuhe.

sobota, 15 października 2011

Urodzinowy kwartalnik

Słuchajcie, normalnie „Saga o ludziach lodu” ! Trochę żartuję, ale weszliśmy w kwartał rocznic naszych urodzin. Tak się stało, zapewne przy dużym udziale sił natury, że wszyscy urodziliśmy się w czwartym kwartale roku. Zabrzmiało to jak dane statystyczne GUS’u. W październiku urodziny celebruje Jaś, w listopadzie kolejną osiemnastkę wyprawiam ja, a w grudniu najpierw Franek mężnieje o jeden rok, a Adamowi zostanie już tylko 5 lat do emerytury [ostatnio chodzi tylko i marudzi , mówi, że przed zimą brzuch mu rośnie od słodyczy].
Jednak nie pisze tego, żeby przedłożyć  Wam sprawozdanie z naszych uroczystości. Chcę dziś wszystkim złożyć życzenia urodzinowe, bo tak naprawdę każdy dzień to nasze Święto. Niepowtarzalne, jedyne takie, wypełniające nasz Świat. Cały czas jestem pod dużym wrażeniem postu Lusi. Bywalcy Diamentowego Koszyka wiedzą,  o czym piszę.

Dlatego dziś życzę Wam radości z każdego dnia. W małym prezencie – urodzinowe zawieszki J i bukiecik.
Serdeczności, Roksana.


I jesienny paryski bukiecik. Dużo uśmiechu!

środa, 12 października 2011

Kawa się nadawa: Kawa jest z Afryki

    Ostatnio w szkole naszych dzieci została przeprowadzona akcja promocyjno – edukacyjna zorganizowana przez „ Fundację dla Somalii”. Problemy Półwyspu Somalijskiego znane są raczej wszystkim, a wielu z nas wie, że w większości konfliktów okrutnego świata najbardziej cierpią dzieci. Ubóstwo, głód, brak wody, choroby, brak dostępu do edukacji. A przecież to tylko, a właściwie na Czarnym Lądzie aż, potrzeby podstawowe dla egzystencji człowieka. Cieszę się, że moje dzieci trochę poznały ten świat, dowiedziały się o tym, że są na świecie dzieciątka, dla których istnieje inny wymiar radości i cieszenia się z każdego dnia. Z drugiej strony zasmuciłem się, bo oto pomyślałem o połączonych czystych serduszkach dzieciaków ze wszystkich szkół w Polsce, które niestety nie zmienią sytuacji w Somalii. My, dorośli doskonale wiemy, że tak naprawdę Nasz Humanitarny Świat umocowany w kulturze Zachodu [transatlantyckiej] wykazuje daleko idącą bezradność. Nie przesłania to jednak budzącej się dzieciach wrażliwości, a to przecież w naszym mikrokosmosie jest najważniejsze.
    Czasem zastanawiam się skąd w facecie, który ma trzydziestkę z dużym okładem, odzywa się naiwny licealista wierzący w siłę dobrej myśli i potęgę słów oraz organicznego działania. Przecież teraz dla zdecydowanej większości wydarzeń jestem li tylko kibicem w kapciach. Patrzę i milczę. Z jednej strony chcę sumiennie wykonywać swoją pracę, bo wiem, że od niej zależy [przynajmniej trochę] powodzenie innych, zwłaszcza dzieci. Czasem wykażę jakąś aktywność przy organizacji wydarzeń społecznych, pomogę jakiemuś stowarzyszeniu, wesprę esemesem fundację, kupie kartkę do Św. Mikołaja, przekażę książki do ośrodka pomocy społecznej, ubranka do PCK [+ obowiązkowa świeca wigilijna]. Druga strona to bezradność i ogarniający mnie nihilizm.
    Ludzie nie mogą dogadać się w prostych rzeczach. Widzimy choćby polityków. Oni nie słuchają siebie wzajem. Więcej! Myślę sobie, że mówią do siebie językami, których Bóg na niebiesiech nie wymyślił nawet dla budowniczych Wieży Babel! I teraz sobie myślę, że przecież MY możemy przez moment mówić wspólnym językiem. My miłośnicy kawy możemy dołożyć ziarenko pomocy dla Afryki. Podziękujmy Półwyspowi Somalijskiemu za kawę. Możemy szukać w wielu źródłach danych o pochodzeniu kawy, ale niemal zawsze dojdziemy do Etiopii. Tak, kawa jest z Afryki! W Somalii akurat nie ma plantacji, ale już w sąsiadującej Etiopii, choćby na wzgórzach Sidamo, rośnie jedna z najlepszych kaw świata.
    Dlatego zjednoczeni w smaku kawy, pomóżmy w takiej malutkiej drobince kawowego ziarna. Stowarzyszenie Sprawiedliwy Handel prowadzi sklep, a w nim szczególnie polecam dziko rosnącą etiopską perełkę. Wyobraźcie sobie, że każdego poranka w domu unosi się zapach z kawowych plantacji prosto z planu filmowego „Pożegnania z Afryką”.
Pozdrawiam życzliwie, Adam.

niedziela, 9 października 2011

Paris vs. London

Zauważyłam ,że w moich pracach, nie tylko w zawieszkach, ścierają się dwa style. Może inaczej, dominują motywy zaczerpnięte ze stylistyki retro angielskiej lub francuskiej. Nie wiem, na ile moje wybory są świadome. Myślę, że bardziej kieruje się podświadomą tęsknotą za marzeniami o Paryżu oraz wspomnienia z pobytu w Londynie.
Dlatego dziś proponuję Wam małą zabawę. Zamieszczam zestaw „francuski” i set „angielski” zawieszek. Proszę oglądać, pocmokiwać troszkę, oceniać i wyrazić swoją opinię w zamieszczonej na górze stronie mini sondzie. Sama jestem ciekawa, co wybierzecie – Paryż czy Londyn?

Regards, Roxanne
AU REVOIR !

ROZDANIE ANGIELSKIE





SET FRANCUSKI






środa, 5 października 2011

Przystanek Bellissimo: Pięć filiżanek z życia

W pewnym wieku czas zaczyna przyspieszać –
podobno spowodowane jest to skalą już przeżytych dni.

Pierwsza filiżanka

Tak naprawdę kawa pojawiła się w moim życiu razem z Dziewczyną. Akademik, czajnik elektryczny, kubek z zabawnym zielonym psem (prezent od kogoś z liceum jeszcze), a w nim Tchibo z żółtej torebki (tej 250-gramowej). Ta kawa – z fusami, a jakże – towarzyszyła nam codziennie, rytuał popołudniowy, gdy po zajęciach przychodził czas na długie rozmowy, słuchanie Kate Bush i Petera Gabriela (niekoniecznie w duecie).

Druga filiżanka

Pierwsza wizyta w domu mojego promotora. Profesor od pierwszych zajęć był dla studentów Kimś. Każdy na swój sposób próbował sobie radzić w zderzeniu z Jego osobowością. Jedni dawali się upupić (choć nie było to celem Profesora) i wchodzili na powrót w świeżo zrzuconą wylinkę licealną, wkuwając stosowne fragmenty podręcznika. Inni starali się nadążyć za myślą Profesora, co – zważywszy na to, że byliśmy na pierwszym roku – było z góry skazane na niepowodzenie i stawało się źródłem frustracji. Jeszcze inni stroili się w piórka leserów i próbowali pozować na chojraków z gumą do żucia między zębami (nieszczęśnicy!). Żadna piątka z egzaminu nie dała mi tyle satysfakcji, ile ta otrzymana od Profesora. Cztery lata później stawiłem się, nie bez wahań, na seminarium Profesora, co okazało się początkiem dłuższej przygody. Mimo to każde spotkanie było dla mnie trudnym przeżyciem. Zatem pierwsza wizyta... Miałem odebrać pierwszy rozdział pracy. Stres nieprawdopodobny. Żona Profesora zaproponowała coś do picia – poprosiłem o kawę – ale nawet na torturach nie przypomnę sobie, czy to była banalna kawa rozpuszczalna, czy parzona po turecku, czy wyciśnięta z ekspresu. Profesor przerzucał kartki wydruku, dzieląc się spostrzeżeniami na temat tekstu, a ja próbowałem skryć się za filiżanką, świadom swojej intelektualnej marności...

Trzecia filiżanka

Kawa z bardzo ważnym Szefem Pewnej Instytucji, o której jest głośno, a która nie wiadomo co robi. Otrzymałem zadanie załatwienia podpisu pod umową. Można było oczywiście wysłać umowę pocztą, ale czas naglił. Wsiadłem więc do firmowej limuzyny i pomknęliśmy do siedziby rzeczonej Instytucji. Szef od razu zaproponował kawę albo herbatę. Herbaty w takich okolicznościach nigdy nie wybieram, więc otrzymałem całkiem przyzwoitą kawę z lekką pianką. Podpisanie dwóch egzemplarzy umowy, łącznie z parafowaniem każdej strony, nie mogło zająć dużo czasu. Pozostały więc do końca wizyty czas został precyzyjnie wyznaczony przez zawartość mojej filiżanki. Należało więc wypić kawę tak, aby nie nadwerężyć cierpliwości Szefa i nie poparzyć sobie języka. Rozmawialiśmy o niczym, czyli o finansowaniu kultury w Polsce.

Czwarta filiżanka

Po dziesięciu latach pracy w jednym miejscu można mieć dość. Czasem wystarczy kilka słów rzuconych tu i tam w rozmowie ze znajomymi, by... zadzwonił telefon od Nowego Pracodawcy z Propozycją. Tak się właśnie stało. Szczegóły miały zostać omówione w kawiarni w jednym z warszawskich centrów handlowych. Jej nazwa padła podczas rozmowy telefonicznej. Mimo trudów – obce miasto, koniec zimy i deszcz, a do tego niedokładna mapa – z lekkim opóźnieniem udało się dotrzeć pod centrum. Żeby nie tracić czasu, zapytałem panią na najbliższym stoisku: „Przepraszam, gdzie tu jest Cafe Seven?”. „Cafe Seven?” – zastanowiła się – „Hm, nie wiem. Tam” – wskazała w prawo – „jest Coffeeheaven, ale gdzie jest Cafe Seven, nie wiem”. Nowy Szef już czekał. Niestety smaku kawy nie pamiętam, bo waga rozmowy zupełnie przesłoniła walory smakowe.

Piąta filiżanka

Trochę niepokoju, trochę ekscytacji pomieszanej z onieśmieleniem. Z takimi uczuciami pierwszy raz przekraczałem próg Bellissimo. Nie próbowałem sobie wyobrażać ani miesiąc wcześniej, gdy rozmawiałem z Adamem, ani w drodze do Żyrardowa, jak będzie wyglądał sklepik. Zanim dotarłem pod właściwy adres, pobłądziłem w wąskich uliczkach Żyrardowa, by wreszcie znaleźć miejsce parkingowe pod kościołem. Kilka kroków dalej odnalazłem Bellissimo. Nie pamiętam, jak długo się nie widzieliśmy – rok, dwa? W pewnym wieku czas zaczyna przyspieszać – podobno spowodowane jest to skalą już przeżytych dni, czyli im więcej wagoników za nami, tym prędzej pędzimy naprzód po torowisku życia. Nie bardzo rozumiem, jak to działa, ale fakt, że prędkość robi się zawrotna. Dlatego z tym większą przyjemnością wykroiłem dwie godziny z sobotniego przedpołudnia na postój na przystanku Bellissimo – spędziłem tam kilka miłych chwil przy najlepiej zaparzonej kawie, jaką dane było mi pić. To była zapowiedź kilku kolejnych, niezapomnianych wizyt w Bellissimo. Szkoda, że więcej nie będzie...

Wojtek [ wojt ]

niedziela, 2 października 2011

Skarbonki Uczuć

Na chwilę wyjdę z tematu zawieszek. Jesień za oknem objawia się tęczą dojrzałych kolorów, zatem i nastrój nieco mam nostalgiczny. Zebrałam część swoich woreczków haftowanych i tych z aplikacjami. Trochę rozczuliłam się, bo ostatni z nich zrobiłam dokładnie rok temu. Czas biegnie szybko, a mi znowu zatęskniło się za haftowaniem. No ale tu właśnie kłania się czas, który szepce mi do ucha, że przecież praca, obowiązki, etc.

Pomyślałam sobie, że te woreczki to takie małe skarbonki uczuć. Przechowują często takie nasze małe skarby, bibeloty, pamiątki dnia codziennego, które samodzielnie niewiele znaczą, a zebrane w jednym miejscu malują obraz naszych uczuć i wspomnień.  Pokazuję teraz owe skarbonki w nadziei, że spodobają się Wam.
Z pozdrowieniami, Roksana.