niedziela, 27 listopada 2011

Przystanek Bellissimo. Koniec trasy


… „Barton Fink siedział długo i nie pisał nic…” – od rana nucę refren piosenki Kazika Staszewskiego. Może nie dlatego, że ogarnęła mnie niemoc sklecenia kilku zdań, bardziej uświadomiłem sobie fakt dojechania do kresu naszej wspólnej wycieczki. Moi kochani! Piszę kochani, bowiem trochę przez ostatnie tygodnie razem przeżyliśmy, a pozytywny odbiór cyklu pozwala mi właśnie na taką poufałość. Zatem moi kochani, to już koniec trasy. Dojechaliśmy do Zajezdni Bellissimo.
Kilka tekstów, które pojawiało się na blogu, było dla nas osobistą retrospekcją do chwil nie tak wcale odległych, ale będących już historią. Po roku z Roksaną odkurzyliśmy je nieco, przez co uczciliśmy rocznicę likwidacji naszego sklepiku. [Tez mi powód do celebrowania!] Więcej już takich rocznic nie będzie, a jeżeli pojawią się jakiekolwiek inne przystanki, będą położone na pewno przy innej już trasie. Wspominając nasze dzieje, chciałem Was przede wszystkim rozbawić. Czytając raz jeszcze komentarze, sądzę, że w jakimś stopniu ten cel osiągnąłem. Za wszystkie miłe słowa, żywą reakcję na teksty i ciepłe uśmiechy z całego serca dziękuję. Właściwie to Łola Boga z Życzliwości wielkie dzięki bez Teatralnej miny, bez łyżki dziegciu w beczce miodu [czyt. bez Chrzanu w kostkach]. Acha, i nie są to Incydentalne podziękowania, a wyrażenie nadziei, że znajdzie się jeszcze Więcej powodów, aby przeżyć przynajmniej Jedną ucztę taką na Pięć filiżanek J

Tematów do opisania zapewne znalazłbym więcej, tylko obawiam się, że w którymś momencie mógłbym za bardzo rozkręcić się. Osoby, które znają mnie, dobrze wiedzą, o czym teraz mówię J Dlatego, żeby smak Bellissimo zachować, a zbyt śmiało nie swawolić swoim poczuciem humoru, dziś kończę cykl. Tak na marginesie, to „Przystankami”  ukręciłem sobie bat na własny tyłek. Teraz jest tak, że cokolwiek chcę napisać na blogu, dostaję od Roksany pytanie „Co dziś będzie śmiesznego?” Kurza twarz, a raczej masz babo placek. Przeca to presja nieznośna! Jak nie napiszesz nic śmiesznego, to obiadu nie dostaniesz! Obiad to ja sobie akurat sam zrobię, taki jestem.
W ostatnich słowach chcemy z Roksaną podziękować wszystkim wspaniałym ludziom, którzy nas odwiedzali w sklepie. Nie chcę o nich pisać klienci, ponieważ byli dla nas kimś więcej. W tej chwili znowu słyszę melodię piosenki Staszewskiego. Zawiesiłem się na chwilkę. Do tej pory wspólnie wspominamy setki rozmów na wszystkie tematy świata z naszymi dobrymi, życzliwymi smakoszami kawy, herbaty i słodyczy najróżniejszych. Każda rozmowa była wyjątkowa, a suma tych wyjątkowości stworzyła niepowtarzalny obraz świata, który jest DOBRY. Dobry, czyli taki, jaki bym chciał, żeby był. Po prostu dobry. Ta złota mieszanka, rzekłbym branżowo miscela d’oro, uśmiechu, życzliwości, radości i wzajemnego słuchania na zawsze pozostanie w mojej pamięci.

Pozdrawiam serdecznie, Adam.

P.S. Specjalne podziękowania kieruję do Eli, Wojtka i Sinuhe. Najpiękniejsze są emocje, których dzięki Wam doświadczyłem. Po drugie, wydłużyliście trasę o całe trzy przystanki, a to są dwa miesiące w feelingowym kalendarzu. Tym samym, po trzecie, miałem trzy środy wolne!

niedziela, 20 listopada 2011

Na jesienne wieczory … książka

Tak, tak… Obiecywałam, że ani słowa już o jesieni i dniach chłodnych. Dobrze słowa w połowie dotrzymam. O dniach nie będzie, tylko o wieczorach jesiennych słowo napiszę. Chyba nic tak nie sprzyja wskoczeniu w świat literatury, jak ciepły koc, gorące kakao lub herbata, szumiący resztkami liści jesienny wieczór i książka. W taki czas zdania smakują lepiej, a wyobraźnia jednoczy się z myślą pisarza, emocje zaś z przeżyciami bohaterów. Książki to moja pasja, to bezkresna intelektualna i duchowa podróż.
Dla wszystkich moli książkowych przygotowałam kilka fantastycznych retro zakładek. I tu trochę poległam J Małżonek podziwiając dzieła, podsumował: ależ te kobiety fascynująco eksponują pończochy. Dopiero po dłuższym czasie zauważył, że moje panie czytają książki. Faceci … Tak czy inaczej, w swej jakże sympatycznej i w pełni akceptowalnej frywolności zakładkowe dziewczyny CZYTELNICZKI, co z mocą pełną podkreślam, umilą nam literackie wieczory.
Pozdrawiam, Roksana.

czwartek, 17 listopada 2011

Kawa się nadawa: Kawa liściasta [ostatnia]

Grabiliśmy liście. Były piękne, nadal są piękne. One zawsze będą piękne. Liście są prawdziwe, tak jak prawdziwa jest przyroda, natura. Nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, cierpliwa jest, łaskawa jest. Coś pomieszałem? Nie. To jest wspólny mianownik rzeczy prawdziwych Przyroda nie zna czasu, bo przecież czasu nie ma. Rzeczy po prostu są, stają się, przez co tkwią w stałości nieograniczonej czasem, tak jak niezdefiniowany i nieokreślony jest punkt.

Stałem się częścią przyrody. Wtedy, przy grabieniu liści stanąłem poza czasem. Nagle szum myśli ustał. Zobaczyłem, że jest sens. Kolejny raz pogodziłem się, setny raz w pokorze pochyliłem czoło.
Kawa pachniała zwiędłymi liśćmi. Smakowała jak nigdy. Po prostu w ten liściasty dzień była sobą i jest zawsze sobą, rzeczywistą częścią natury. Pokochałem wtedy ją po stokroć. Nie odmierzając łyków, bo miary przecież ograniczają i psują oglądanie rzeczy, patrzyłem na mój świat. Widziałem radosnego psa wielbiącego stosy zagrabionych liści, ale nade wszystko patrzyłem na mojego Frania skupionego na rzetelnym wykonaniu swojej pracy, swojego zadania. Zatrzymałem się w szczęściu i w miłości. Nie myślałem o przyszłości. Bo przecież, gdybym nawet mówił językami ludzi i aniołów, bez takich obrazów, przy których czasem zatrzymuję się, byłbym jak ta miedź brzęcząca.

Ciężko napisane, ciężko przeczytać. Przecież to wszystkie takie banalne, takie oczywiste. Tyle słów mędrców, że moje trącą infantylnością. Jeżeli dotrwaliście, jesteście właśnie przy pozdrowieniach.
Adam

P.S. Fragmenty oczywiście z Listu Św. Pawła do Koryntian.

niedziela, 13 listopada 2011

Angels vs. Girls

Dziś znowu proponuję Wam zabawę – sondę*. Przypomnę tylko, że w konkurencji Paris vs London zdecydowanie wygrał styl paryski.  Przed Wami dwa kolejne motywy dominujące w moich pracach zawieszkowych. Jakże często pojawiają się dziewczyny w stylizacji oczywiście vintage, a zaraz potem przed oczami fruwają piękne anioły otaczając nas najczęściej opieką i ciepłym serdecznym uśmiechem. Szczerze powiedziawszy sama mam dylemat. Przecież we wszystkich moich bohaterach jest tyle uroku i wdzięku, piękna i subtelności. Często też dziewczyny stają się aniołami, a anioły to po prostu dziewczyny, kobiety. Nic to, nie będę rozpisywała się, a ocenę pozostawiam Wam. Poniżej dwa konkurencyjne sety, a na górze strony mini sonda. Oglądajcie, oceniajcie i głosujcie J
Zapraszam serdecznie, Roksana.
*Sonda działa do 20 listopada!
Anioły



Dziewczyny



środa, 9 listopada 2011

Przystanek Bellissimo. Więcej powodów

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz przejeżdżałam przez Żyrardów. Czy dopiero po tym, jak skończył się remont na drodze Mszczonów – Sochaczew i przestaliśmy jeździć do Sochaczewa przez Skierniewice, czy może wcześniej, zanim ten remont w ogóle się zaczął? Tak czy owak, miasto zawsze wydawało mi się interesujące, atrakcyjne głównie wizualnie – przez postindustrialny klimat, ceglane ściany robotniczych zabudowań, neogotycki kościół na sporym placu, ostatnimi czasy bogato iluminowanym.

Żyrardów kojarzy mi się po trosze ze Śląskiem. Powiecie, że bliżej mu przecież do robotniczej Łodzi. Pewnie, ale ja w Łodzi nigdy nie byłam, a pochodzę z miejsca, z którego do śląskich miast blisko, stąd owo skojarzenie. A zatem ze Śląskiem, głównie z ceglanymi familokami, którym – nawet przyprószonym ciemnym pyłem – trudno odmówić pewnego uroku.

Być może z tego skojarzenia moja sympatia do Żyrardowa…

***

Bellissimo też miało swój klimat. Przytulne miejsce, niby to sklep, a trochę jak w domu. Fotel z pastelowym, pasiastym pokryciem za kontuarem, na półkach słoiczki z kolorami zamkniętymi w szkle, subtelne różnice w odcieniach kawowych ziaren, krągłe kształty ciastek i pierników – wszystko miłe dla oka. Wzrokowe doznania to jednak sprawa marginalna względem przeżyć... powiedzmy, wyższego rzędu.

Miałam przyjemność być w Bellissimo zaledwie kilka razy – zawsze w sobotę, gdy za ladą stał Adam. Te spotkania miały wartość edukacyjną – to Adam wyjaśnił mi, do czego służą tykwa i bombilla, wskazywał walory różnych gatunków kaw i klarował różnice między nimi. W tych miniwykładach znać było prawdziwą pasję! Z każdego spotkania wynosiłam i inne miłe wrażenie – Adam to mistrz słowa, opowiada tak, że słucha się z przyjemnością. Zawsze po wyjściu z Bellissimo wyrażałam takie spostrzeżenie, ze szczególną sympatią odnosząc się do grubych słów zgrabnie i uroczo wplecionych w Adamową narrację. Wojtek świadkiem.


***
...nawet przyprószonym ciemnym pyłem
 – trudno odmówić pewnego uroku.

Od pewnego czasu mam zatem więcej powodów, by przyjemnie kojarzyć oglądane z okien samochodu żyrardowskie ulice. Oprócz pociągającego klimatu poprzemysłowego miasteczka: wspomnienie kameralnego miejsca pod szyldem Bellissimo stworzonego przez Roksanę i Adama, dobrej kawy, a nade wszystko spotkań z kimś, kto ma pasję i talent iście literacki.        

Serdeczności dla Adama, Roksany i Czytelników Retro Feelings,
Ela

środa, 2 listopada 2011

Jesienne róże



Może moje nie są herbaciane, ale na pewno kolorowe, ogrzewające mieszkanie ciepłem materiału w kolorze ecru. Nie będę już pisała o chłodzie jesieni, bo przecież od samego czytania przymarznąć do krzesła można. Poza tym, ileż można pisać o jesiennych chłodnych dniach. Lepiej trochę słońca w domu zaaranżować. Tak też uczyniłam. Przypomniałam sobie technikę robienia róż z materiału. Trochę to misterna praca, ale daje dużo satysfakcji, a i efekty są zaskakujące. Pojedyncze pąki wyglądają nieco samotnie, ale już w bukiecie z dyskretnym przybraniem robią niesamowite wrażenie. Tak przynajmniej wydaje się mi i mam nadzieję, że podzielicie ten pogląd. Już słyszę „ale one nie pachną!”. Pachną, pachną, zapewniam Was. Unosi się nad nimi zapach wspomnień tegorocznego, no może kapryśnego, ale jednak lata. Powspominajmy je razem, zapraszam do oglądania.
Pozdrawiam, Roksana.